niedziela, 28 grudnia 2014

DIlerka 25


  Doskoczyłam do mojej przeciwniczki i wystrzeliłam strumień ciekłego azotu prosto w stronę  jej twarzy. Niestety zdążyła zrobić unik i skierowała we mnie broń. Wystrzeliła i upadła na tyłek.

  Kula musnęła mój policzek, naskórek rozdarł się w jednym miejscu, a odsłonięte mięso zaczęło płonąć.

  Czym ona kurwa strzela?!

  Przyłożyłam rękę do zranionego policzka, spodziewając się poparzenia, ale... ku mojemu zaskoczeniu, miałam tylko tycią, niemal mikroskopią rankę.  A ja mam wrażenie, że trzymam połowę swojej twarzy w piecu...

  - Co to ma być do cholery jasnej, ja się pytam?!

  - Trucizna - odparła i szybko zasłoniła usta wierzchami dłoni, by nie zaciąć się swoją bronią. Najwyraźniej to miał być jej mały sekret. Całe szczęście, że nie umie trzymać języka za zębami...

  Postanowiłam ignorować ból.

  Ponownie natarłam na przeciwniczkę, która zdążyła już wstać...

  Uniknęłam kilku machnięć mieczem, które ewidentnie miały trafić mnie, ale że ta dziewczyna, jest równie kiepska w te klocki jak głupia, to z łatwością ich uniknęłam...

  Zalałam ogromną falą jej prawe udo, przymarzając je tym do ziemi. "Beton" od została unieruchomiona.

  Uśmiechnęłam się cierpko pod nosem i zaczęłam nucić marsz żałobny, będąc w stu procentach pewna swojego zwycięstwa. Wtedy właśnie, jej miecz nacią delikatnie moje udo. Kolejna fala ognia zalała moje ciało, powalając mnie na kolana.

  Krzyknęłam głośno i przycisnęłam dłoń do zranionej nogi.  Znów płytka rana, znów tyle bólu. Pieprzona trucizna, pieprzony ogień!

  - Wykończę Cię za to suko!

  Stękając przy tym jak staruszka, zalałam jej ręce, którymi celowała we mnie z obydwu broni.

  "Beton" pisnęła przerażona i zaczęła autentycznie płakać jak dziecko, które się potknęło na chodniku i zdarło skórę z kolan. W tej scenie brak tylko mamusi, która pocałowałaby ją w zranione miejsce.

  - Nawet nie wiesz jak mnie to boli ty mała zdziro. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jaki ogień mnie pali.

  - Przepraszam! Przepraszam! Och, proszę, oddaj mi moje dłonie! Chcę moje ręce...

  - Nie oddam Ci ich. Nie da się. Ale postaram się zająć Twoją uwagę istotniejszymi brakami...

  Chwyciłam ją za włosy i przyłożyłam lufę na środek czoła. Powoli i delikatnie nacisnęłam spust, obserwując jak cienka strużka ciekłego azotu spływa po jej głowie, niknąc w mizernym dekolcie. Zamarznięta skóra pokrywała się warstewką szronu i pękała w niektórych nazbyt napiętych miejscach, ukazując moim oczom na wpół zamarznięte mięso fioletowego koloru.

  Jej całe ciało zamieniało się w nowoczesną rzeźbę Królowej Śniegu, Jedynie oczy, wywinięte do góry białkami pokazywały, że mam do czynienia z osobą wciąż żywą. Drgania powiek nasiliły się, gdy azot zalał całe ciało, przez chwilę przyglądałam się ich chaotycznym ruchom, po czym puściłam jej włosy, gdy zamarły, dając znak, że rzeźba jest martwa.

  - CZY MAM JĄ ZAMIENIĆ W PUZZLE?!

  Tłum zrozumiał, co mam na myśli. Wszyscy poderwali się z miejsc, skandując wynik tej walki.

  Odsunęłam się kilka kroków od stojącego posągu i biorąc lekki rozbieg, kopnęłam groteskową konstrukcję z półobrotu prosto w głowę, która z głośnych hukiem oderwała się od reszty ciała i przeturlała przez pół Areny.

  Resztę ciała powaliłam następnym kopniakiem i z rozkoszą obserwowałam jak zamienia się w dziesiątki części, które sprzątaczki będą musiały zamieść szczotkami...

  Podniosłam z ziemi jej głowę i rzuciłam nią w stronę palu.

  Trafiłam idealnie, wylądowała tuż obok kilku trupów, których z jakiejś przyczyny jeszcze nie nadziałam na szaszłyk z wrogów...

  Walka dobiegła końca, w momencie, gdy Dilerce przestało bić serce.

  Zostały mi trzy bronie.

  Dwóch przeciwników.

  I niewiele czasu.

  Zdążę? 

Dilerka 24


   Pięciominutowa przerwa minęła bez żadnych ceregieli… Broń została przygotowana bez żadnych zarzutów… Nie miałam ochoty na kolejną walkę.

   Wkurzający asystent stał za mną jak cień.

   - Czego tu jeszcze sterczysz czterooki??? – bez nawet cienia uśmiechu zakomunikował wejście nowego przeciwnika.

   - Proszę o wyrozumiałość, to jej pierwsza walka na Arenie, to nowa Dilerka.

   - Tak, jasne dam gówniarze fory, i co jeszcze, może się położę na ziemi i pozwolę by mnie zatłukła? Zajmie mi to pięć minut.

   - Tak jest.

   - I czego przytakujesz?

  - Mówię do słuchawki. – Odsłonił mini przekaźnik schowany za włosami. – Szefowie mówią ile Ci zostało czasu. Masz go jeszcze wystarczająco. Życzą miłej walki.

    - Och, jak miło z ich strony… Przekaż żeby się wypchali.

   - Tak jest.

   Westchnęłam teatralnie i zarzuciłam zbiornik z ciekłym azotem na plecy. Miotacz przyczepiłam do obydwu rąk i ustawiłam moc na full. Jedno kliknięcie na spust, a przeciwnik zamieni się w mrożonkę i będzie po krzyku…

   Na Arene nieśmiało wdreptała jakaś dziewczyna w wieku… nooo… może siedemnastu lat. Jak na Dilerkę prezentowała się raczej blado. Jakbym się nie przyglądała, nie miała ani mięśni, ani kuszącej sylwetki, ani nawet rewelacyjnej broni. Była… Po prostu była. Ściany też po prostu są.

   Za paskiem przypięła krótki mieczyk, na plecach miała jedną kaburę z krótkim pistoletem 9mm. To raczej nie broń na rzeź… Ale pozostawała nadzieja. To przecież ktoś, kogo przedstawiają jako Dilerkę, musi mieć  jakiś nadludzki talent. Może jak każdy, będzie posiadać Fear? A może mnie czymś zaskoczy? Może nagle wyrosną jej skrzydła i ogon, zacznie się histerycznie śmiać i rzuci się na mnie z… JEZU JAKA ONA JEST NUDNA! SKRAJNIE NUDNA!!!

   - Zaczynaj… - Poważnie rozważałam opcje walki na leżąco…

   - Ja mam zaczynać? A nie pani?

   Bosz, zwróciła się do mnie per „pani”… ;---;

   - Tak. Mam mówić drukowanymi? Patrz mi na usta. Mówię „Za-czy-naj”… Masz wolną rękę.

   - Tak?

   - Tak.

   - Serio?

   - Nie, kurwa, na niby…. Weź w końcu się rusz!

   - Nazywam się…

   - NIE OBCHODZI MNIE TO, JAK DLA MNIE ANZYWASZ SIĘ BETON I TYLE!

   - A-ale kultura wymaga…

   - B-byś w końcu ruszyła dupsko i pokazała, na co cię stać, nim zasnę.

   Korciło mnie by od razu to zakończyć, nacisnąć spust przed jej twarzą i patrzeć jak przez kilka sekund rzuca się w agonii… Ale zaintrygowała mnie. Tak. Beton mnie zaintrygował :D

   - ERIA! WYKOŃCZ JĄ! WYKOŃCZ SUKĘ!!!

   Tłum skandował tak głośno, że ściany Areny niebezpiecznie zadrżały.

    Młoda Dilerka prawą ręką wyciągnęła zza pasa mieczyk, a lewą przygotowała pistolet.

   Stanęła w parodii pozycji do walki.

   Czy ich pojebało? Czy ją pojebało?

   Mam walczyć z tym dzieckiem?

   - Po co to robisz? Po co walczysz?

   - Bo mi kazano. Powiedzieli, że pewnie już nie ma pani wystarczająco sił, że pan Mnich zniszczył pani trzewia i że mam szansę na trening pod okiem mistrzów, jak wygram, oczywiście…

   Zamknęłam oko i uspokoiłam zszargane nerwy. Nie mam wyboru, muszę ją pokonać, zabić… żeby wygrać. Żeby móc przedrzeć się do głównego szefa. Żeby go zabić. Żeby przejąć jego stanowisko. Żeby przez następne lata móc siedzieć na skórzanym fotelu za dębowym biurkiem.

   Już niedługo. Nie mogę dać się ponieść emocjom. Na Arenie nie ma miejsca na współczucie.

   Opuściłam miotacze w stronę ziemi i wyprostowałam się dumnie, prezentując swój strój.

    - Zaczynajmy, nie mam dla Ciebie czasu.

   Podbiegłam skracając dystans do niezbędnego minimum.

    Walka rozpoczęła się od mojego ciosu...

Dilerka 23

   - Kurwa.

   Wymiotowałam już od jakiegoś czasu. Mój żołądek chyba nie ogarniał faktu- że nie miałam już czym. Kwas spływał spomiędzy moich warg, wymieszany z łzami wywołanymi przez duszność. Chce odetchnąć – pomyślałam. Nie mam jak, nie mam czym… Szlag by to.

   Moje trzewia jeszcze przez jakiś czas niepokojąco pulsowały.

   Przed okiem wciąż padał czarno-czerwony śnieg. Jak w zepsutym telewizorze…

   Zobaczyłam cień. Cień przysłaniający mój zepsuty, zdeformowany obraz ziemi.

   Odskoczyłam instynktownie, całe szczęście. Dzięki temu przeżyłam.

   - Nie sądziłem, że masz jeszcze wystarczająco sił, by uciekać. – Mnich, z pięścią wciśniętą w ziemie, przemawiał z zamkniętymi oczami. – Nemezis to brzydzi. Ty ją brzydzisz.

   Spróbowałam wstać. Kurna, to był zły pomysł. Cały świat się kręcił. Flaki zaprotestowały. Nie mogę użyć Fearu… nie mogę… Pamiętaj o zasadach Eria… Próbowałam obmyślić plan. W czystej grze z nim nie wygram. Jest po prostu potworem. A ja nie mam broni, by z tym walczyć.

   Broń!

   Mnich otarł swą pięść i spojrzał na mnie z obrzydzeniem.

   - To zaraz się zakończy. Możesz zmówić ostatnią modlitwę, lub wyspowiadać się, w zależności, gdzie chcesz iść po śmierci.

   - Nigdzie się nie wybieram. – Przetarłam oko, poprawiłam ubranie. – Za to ty, mógłbyś z łaski swojej unieść przynajmniej gardę. Jeśli jeszcze możesz.

   - O czym ty bredzisz? Masz wstrząs mózgu?

   - Nie, za to ty cierpisz na chroniczny brak ręki.

    - O czym…

   Prawa ręka Mnicha z plaśnięciem opadła na ziemię. Przecięta równiutko ponad łokciem. W świetle jarzeniówki błysnęła stalowa linka.

   - Chyba nie myślałeś, że mam przy sobie tylko jedną linkę… Ta podwiązka jednak się na coś przydała… - Westchnęłam i udałam, że się rozciągam. – Jezu, lepiej się nie ruszaj…

   Szesnaście pozostałych linek, uczepionych aż pod sufit, było zaplątane dookoła sylwetki Kapłana. Do tej walki, przygotowałam się jeszcze, nim Mnich wstąpił na Arenę. Ale jeszcze nie miałam okazji, by zwabić go w wyznaczone miejsce. Dobrze, że przeturlałam się akurat tam.

   - Spójrz pod nogi.

   - „Kaboom!!!” tu jest wyryty ten oto napis. Nemezis, wiesz co to może oznaczać?

   - Och, nie masz czasu na zastanawianie. Liczę do pięciu i zmieniasz się w szaszłyk, jasne?

   - Wątpię, żeby Nemezis na to pozwoliła.

   - Wątpię, by twój los w ogóle ją obchodził.

   Odliczyłam od jednego do pięciu i pociągnęłam linki rękoma. Napięta pułapka przecięła skórę, mięśnie i kości Mnicha. Jego puste, pozbawione boskiego blasku oczy, patrzyły na mnie z tępą nienawiścią. Nemezis opuściła Mnicha, nim jego pocięte szczątki opadły na ziemię.

   - Na przekór naszej rozpaczy i wbrew naszej woli nadejdzie mądrość, dar straszliwej laski boga. Mea culpa, zapomniałam Cię rozgrzeszyć Mniszku…

   - Amen. – Dreszcz przebiegł po moim karku, jak spłoszone zwierzę. Zimny pot spłyną po plecach. Mnich przemówił.

   - O kurwa.

    Wciąż patrząc na mnie z nienawiścią odszedł z tego świata. Nie wiem jak udało mu się cokolwiek powiedzieć. Cud. Pieprzony cud.

   Nemezis dobrze wybrała, szkoda, że była suką. Gdybym to ja była boginią, na pewno towarzyszyłabym swemu wyznawcy w podróży do drugiego świata. W ogóle towarzyszyłabym mu przez całe życie.

   Nie znoszę kaprysów. Bogowie to kaprys. Znudzeni wiecznością ingerują w nasze życie. Szkoda, że skutki są opłakane.

   Przypomniała mi się dziewczynka ze stygmatami. Opętany chłopiec. Martwa matka tuż po porodzie. Dziecko to cień Demona Pazuzu. Wojna, w której brałam udział. Na kącie mieliśmy 9998 tysięcy zabitych Wietnamczyków. Słowa dowódcy „ Zabójca dziesięciotysięcznej ofiary w nagrodę otrzyma tygodniowy urlop w kajucie pułkowników.”

   Czas przynosił ukojenie, ale zawsze wiedziałam, że będę pamiętać.

   - Ten świat zmierza ku upadkowi.

   Podniosłam z ziemi kilka szczątków i nadziałam je na pal, uzupełniając mą barwną kolekcje o dwie ręce i głowę, oraz coś, co kiedyś zapewne było fragmentem brzucha.

    - EJ, BIORĘ PIĘĆ MINUT PRZERWY I DAWAJ NASTĘPNEGO!!! I DAWAJ MÓJ MIOTACZ CIEKŁEGO AZOTU!!!

   - Tak, pani. Już niosę, już wołam, już zarządzam. Proszę tylko tu sobie poczekać. Niech pani uważa na sprzątaczki, mogłaby pani się ubrudzić swoją juką i wymiotami.

    Wkurwiający typ. 

Dilerka 22

W jego oczach nie było strachu, tylko szacunek. Bezgraniczny szacunek dla swej bogini, którą będę musiała przewyższyć, by przeżyć.

   - Nemezis?

   - Tak. Nemezis.

   - Przekaż jej, że liczę na dobrą walkę.

   - Postaramy się odesłać Cię na tamten świat jak najgodniej.

   Niby sztywno. Ukłoniliśmy się jak dwójka angielskich dżentelmenów. Napięłam linkę i odskoczyłam od Mnicha. Nie chciałam rzucać się nań, nie znając jego możliwości. Czym on tak właściwie walczy?!

   - Wyjmij broń.

   - Moją bronią, są pięści, które walczą w imię Nemezis. – Dla podkreślenia wagi swych słów, uniósł obie dłonie i zaprezentował pokaźną kolekcję blizn. – Nie dotykam barbarzyńskich narzędzi śmierci.

   - Rozumiem. Dostosuje się do tego. – Rzuciłam linkę jak najdalej i stanęłam z pozoru bezbronna, naprzeciwko machiny.

    - Dziękuję. Doceniam twą uczciwość. Zacznijmy walkę, skoro już mamy podobne szanse.

   Ponownie odskoczyłam, by ocenić jego szybkość. Przypuścił na mnie szarżę, jak rozwścieczony byk. Mnich był niewyobrażalnie silny, co nie pasowało do jego pokaźnej sylwetki. W ostatniej chwili uniknęłam morderczego ciosu, który skierował w moją czaszkę.

   Upadłam na ziemię i podparłam się rękoma za plecami. Gdy się do mnie odwrócił, odepchnęłam się od twardej nawierzchni i z całej siły kopnęłam  Mnicha  prosto między oczy. Wielkolud pozostał niewzruszony moim atakiem…

   - Rozumiem, że już się rozgrzałaś. Możemy więc zacząć na poważnie?

   Wtedy uświadomiłam sobie, jak trudno będzie z nim wygrać. Przewaga  była zdecydowanie po jego stronie. Muszę obmyślić jakiś plan…

   - Nigdy nie odwracaj wzroku od przeciwnika, i skup się na walce, a nie bujaniu w obłokach. – Mnich skarcił mnie jak dziecko. – Wstań w końcu, nie będę walczył z leżącą kobietą…

   - Wal się…

    Otrzepałam ubranie z ziemi i ustawiłam się w pozycji do obrony. Na razie nie mam innych pomysłów. Zdecydowanie zepchną mnie do defensywy…

   Zaczynałam żałować wyrzucenia linki.

   Głupia duma.

   Szczególnie, że Mnich znów zaczął mnie atakować. Uniknęłam większości ciosów, głównie dzięki szczęściu. Nie widziałam jego rąk. Brakuje mi siły. Zużyłam za dużo energii na walkę z Onym.

    Skup się Eria! Skup się na jego rękach!

   Próbowałam śledzić jego ruchy, naprawdę! Ale to nic nie dawało. Nim zobaczyłam jego prawą pięść, było już za późno. Silne uderzenie w brzuch odepchnęło mnie do tyłu na kilka metrów. Przed oczami widziałam tylko czarny śnieg.

   Upadek był niezwykle bolesny. Całe ciało zdrętwiało w jednej chwili, a gdy obróciłam się na bok, zaczęłam pluć krwią.

   - O kurwa… - Ostatni haust krwi zachlapał mi całą bluzkę. – Muszę coś…

   - I oby Bogowie byli wobec Ciebie łaskawi. – Mnich wypowiedział ostatni wers modlitwy do zmarłych i ponownie wymierzył mi silny cios.

   Poczułam jak kilka żeber łamie się z cichym gruchnięciem.

Dilerka 21


   Nad głową rozciągałam stalową linkę. Była niezwykle cienka i cholernie ostra na brzegach. Coś jak podłużna żyletka.

    Giętka stal – paradoks, wynalazek dwudziestego pierwszego wieku…  Mój przyjaciel w swojej pracowni trzyma ciekawsze eksponaty, obiecał, że je odsprzeda jak wygram. Na przykład…

   - Proszę pani? – Z rozmyślań wyrwał mnie mój głupi asystent…

   - Taaak?

   - Następny przeciwnik żąda, by zatańczyła pani z nim taniec pochwalny do bogów.

   Spojrzałam na czterookiego jak na Ono w bikini i prychnęłam jak kotka.

   - Porąbało go?

   - Mówi śmiertelnie poważnie. Twierdzi, ze bogowie ni będą Wam sprzyjać w walce,  jeśli tego nie zrobisz. I wspomniał coś o potępieniu duszy i klątwie, ale sądzę iż jest to nie istotne…

   - Bosz, widzisz i nie grzmisz… Dobra, wturlaj go tu, zobaczymy, o co tu chodzi… Może uda się to ominąć…

   Wcale się nie boję jego bogów. Boję się jego wiary. Ostatnio, gdy walczyłam z jakimś starym Indianinem, musiałam typka zabić osiem razy, bo naiwność pozwalała mu wstać z ziemi mając kilkanaście dziur w klatce piersiowej i noże w udach. Myślał, że Wielka Matka gniewa się na mnie i na innych wykolejeńców. Niby zakłócam porządek ziemi. A on był jej dłońmi. Miał mnie usunąć. I niemal mu się to udało. Przez miesiąc leczyłam organy które zatruł…

   Owinęłam linkę na ramieniu i czekałam na przeciwnika.

   Poczułam chłód na karku.

   Obejrzałam się, a moim oczom ukazał się czarnoskóry mężczyzna cały pokryty białymi tatuażami.

   - Czy ty nazywasz się Eria? – Jego głos przytłaczał. Był jak wielka góra mięśni, która została wyszkolona do zgniatania takich dziewczynek jak ja.  – Jeśli tak, to chodź ze mną.

   - D-dobrze. – Dawno się nie jąkałam. Ostatnio przy grze w karty z Henrykiem VIII…

   Zostałam zaprowadzona na środek Areny i do moich uszu w jednej chwili dotarła hipnotyzująca muzyka.

   - Co mam robić?

   - Stój w kręgu. – czarnoskóry wojownik usiadł w swoim obrębie i zamkną oczy, pogrążając się w modlitwie.

   Ja również usiadłam i zamknęłam oczy.

   Pozwól mi wygrać.

   Pomodliłam się krótko i na temat, nie oczekując odpowiedzi. Chciałam to już skończyć. Spojrzałam na wojownika i ku memu zaskoczeniu, unosił się on ponad ziemią.

   Na jego ciele, białe tatuaże w kształcie korzeni ,wiły się jak żywe byty kierując się w stronę oczu. Jego źrenice zmieniły barwę na mleczną.

   - Jestem oczami Nemezis. Każe mi Cię zniszczyć, bo jesteś niebezpieczna.

   - To co ty widzisz, jest widoczne dla bogini?

   - Tak.

   - Więc to nie będzie takie trudne.

   - Zobaczymy…

   Zaśmiałam się. Pomimo niedźwiedziej postury nie brakuje mu ciętej riposty.

   Podniosłam się z ziemi i poprawiłam skąpe ubranie.

   Strząsnęłam z przepaski pył i mrugnęłam zdrowym okiem.

   Zobaczymy kto wygra. Bogowie, czy ja. Były potwór. Boski twór. 

Dilerka 20


     Kastety ciążyły w moich rękach. Wciąż odczuwałam skutki walki z Onym. Byłam zmęczona. Na kosę zużyłam niemal cały limit krwi. Dam radę.

   - Cześć. – Młody trzymał się na dystans i odskakiwał za każdym razem, gdy się zbliżałam. – Mogłabyś się przedstawić?

   - Nie witam się z ofiarami.

   - Jesteś zbyt pewna siebie, nawet nie wiesz czym walczę… - sięgną rękoma za plecy i wyciągną zza nich dwa ciężkie shotguny. – Teraz nie będzie tak wesoło.

   - Taaak? I ty mi mówisz o pewności siebie? – zaśmiałam się na widok chudego szczyla z bronią… Dzieciak prawi mi morały, a sam leci na swojej pewności…

   W nagrodę za rozbawienie, zabije go wolno…

   Udałam, że potknęłam się o kamień, i tak jak podejrzewałam, zaczął strzelać z obydwu nieprzerwaną serią pocisków. Pistolety miały magazynki. tak tylko Wam przypomnę. W magazynkach jest  OGRANICZONA ilość naboi.

   Przeturlałam się szybko kilka metrów do tyłu i odbiłam się dłońmi od ziemi, by wstać jednym ruchem. Podskoczyłam gdy z furią strzelał mi po nogi, myśląc, że panuje nad sytuacją. Śmiał się ze mnie i mówił „Tańcz dziwko!!!”…

   Wszystko. Wszystkie wyzwiska na klatę. Śmieje się wszystkim w twarz. Ale nie dziwko. Za to zabijam. Nienawidzę, gdy kobiety które nie są wrakami, nazywa się dziwkami. Nie daje dupy na prawo i lewo, więc zaszlachtuje gówniaża, niech wie, jaki mam fetysz…

   - Ciekawe jak szybko odbijesz to…

   Podkręciłam tępo tej żałosnej walki. Czas przejąć inicjatywę.  Szczeniak mnie nie interesuje. Interesuje mnie jego zgon.

   Zatrzymałam się tuż przed jego twarzą, która nawet nie zdążyła zmienić wyrazu z obrzydliwego triumfu na strach. Chwyciłam go za rękę i przyłożyłam sobie pistolet do skroni.

   - Strzelaj. – Oczywiście jak dziki zaczął naciskać na spust, a ja śmiałam się jak opętana. Naboje się skończyły.

   Drugim pistoletem uderzył mnie w brzuch. Wytrzeszczyłam oczy i zgięłam się w pół. Zaczęłam kasłać i plułam śliną jakby mój żołądek został wgnieciony w kręgosłup.

   - G-giń dziwko.

   - Nie. Jeszcze nie teraz… - Znów zaczęłam się śmiać. Boże, jaki on jest naiwny…

   Wbiłam mu kolce w piszczel, miażdżąc kość i przekręciłam kastet, dzięki czemu jego łydka oddzieliła się od reszty ciała. Sama to zaprojektowałam.

   - Nigdy nie bądź pewny śmierci swojego przeciwnika, dopóki nie zdechnie Ci on w ramionach.

   Wyjącego szczeniaka zarzuciłam sobie na plecy i zaniosłam do pala.

   Nabiłam go nie używając siły. Powolutku, ciężar jego ciała osuwał go na dół. Aż położył się na reszcie ścierwa. Wtedy jego serce przestało bić. Krew zakrzepła w żyłach. Umarł.

    -Dawać następnego... - powiedziałam do asystenta, który pojawił się znikąd... 

Dilerka 19

No cóż, kurna, inaczej nie dało się tego rozegrać… Wyczyściłam broń z krwi i włożyłam do magazynu. Pozostałe sześć oręży wpakowałam do torby i wyniosłam na Arene. Nie będę miała czasu na zmiany poprzez asystenta, więc sama sobie wszystko zorganizuje…

   - Dawaj następnego.

   - Pojedynczo?

   - Nie, kurwa, stadami… zastanów się debilu… Tak! Pojedynczo! Nie jestem maszyną, też się kiedyś męczę…

   - Tak jest. Czy coś jeszcze?

    - Zgiń.

   - Obawiam się, iż wykracza to poza mój zakres obowiązków… - Obrócił się napięcie i wymaszerował z Areny, pozostawiając mnie samą z moimi sadystycznymi myślami.

   Dupek – pomyślałam. Kiedyś, tak ze sto lat temu, asystenci byli na tyle przydatni, że nawet mogli masaż plecków zrobić, a teraz… Ach, ta młodzież z probówki…

   Wyciągnęłam z kieszeni torby batona i puszkę napoju energetycznego. Muszę uzupełnić energię, czeka mnie sześć walk, a broń jaka mi pozostała woła o pomstę do nieba, więc będę musiała się napracować…

   Po posiłku przez chwilę rozciągałam zmęczone ciało i czekałam aż wszyscy widzowie powrócą z budek, w których dokonywano zakładów. Większość miała raczej kwaśne miny – pewnie liczyli, że zginę…

   - Ej! Ty! Czterooki! Dawaj następnego!

   - Jak pani sobie życzy…

   Drzwi prowadzące na arenę otworzyły się szeroko, a na pole walki wkroczył dumnie jakiś mały szczyl.

   Wybrałam z pakunku moje ulubione kastety i założyłam je na ręce. Ich plusem były ogromne kolce, które zostały namoczone w truciźnie. Jedna mała ranka i z szczeniaka zostanie worek mięsa do przerzucania. Natychmiastowy paraliż. Później, będę mogła go dobić.

Dilerka 18


   Szkarłatna kosa lśniła w świetle tysiąca jarzeniowych żarówek. Zdobienia i wzory wiły się na całej jej długości, jakby była antycznym artefaktem, a nie narzędziem do zabijania. Z jednej strony, klasyczne zagięte ostrze, kojarzące się z posłańcami piekielnymi, którzy ucinają ludzkie dusze, z drugiej strony rękojeści, znajdował się krótki, trzydziesto-centymetrowy miecz obusieczny. A to wszystko uzupełniał fakt, iż dzierżącym tę niesamowitą klingę, jest nie kto inny, jak jeden z najlepszych Dilerów na świecie. Czyli Ja, Eria, miło mi…

   Naprzeciwko mnie siedzi tępe stworzenie, Ono. Twór pochodzenia bliżej nie znanego. Gdzieś koło zepsutej elektrowni atomowej… chyba…

   W tym roku to coś zabiło i w połowie pożarło mojego przyjaciela, więc mam zamiar iść na całość i odesłać Ono na tamten świat za pomocą świętego ostrza. Może w kawałkach wypięknieje? W każdym bądź razie, liczę na owacje na stojąco.  Zbawmy się.

   - Raz. – Szepnęłam pod nosem od niechcenia.

   Podskoczyłam wysoko ponad ziemię i zakręciłam kilka salt, dla pobudzenia znudzonej publiki.

   - Dwa…

   Przeorałam ziemię pod sobą ostrzem i odbiłam się w stronę Onego.

   - I ostatnie moje słowo…

   Wzięłam potężny zamach i z całej siły uderzyłam w zdziwionego potwora, a zakrzywione ostrze odcięło mu głowę.

   - Trzy…

   Nim ta zdążyła opaść na ziemię, nadziałam ją na proste ostrze i podrzuciłam aż do sufitu, by każdy mógł się napatrzeć. Sama w tym czasie zajęłam się drgającym korpusem, który pozostał na ziemi. Choć niezwykle mnie to obrzydzało, nadziałam tułów na broń i wycelowałam w stronę pala. Ugięłam nogi w kolanach i zebrałam w sobie wszystkie siły, rzucając martwym ciałem. Oczywiście, tak jak się tego spodziewałam, trafiłam na pal, uwieńczając mą kolekcję trupów najszkaradniejszym ciałem.

   W tym czasie, głowa niemal zdążyła opaść na ziemię.

   Nim to jednak nastąpiło, chwyciłam to coś za włosy i powstrzymałam od uderzenia w kałużę jego własnej krwi. Podniosłam trofeum do poziomu swoich oczu i przyjrzałam się jak towarowi na półce. To kiedyś było dziecko. Kiedyś. Nim trafiło w ręce tych chorych sadystów.

   - Teraz wiesz skąd moja ksywka, dziwko. Sialala, popisowy numer z głową, prawdziwa Headhunter, obchodzi mnie tylko ta część twojego ciała, złotko…  Zobaczymy jakiego koloru masz mózg…

   Oczywiście, tak jak się spodziewałam, głowa mi nie odpowiedziała. Poczułam jednak ukłucie w sercu, liczyłam na coś więcej po tym jak kule pistoletu nie podziałały…

  Zabrałam się do dokładnego szatkowania. Cała ta procedura przebiegała przy głośnych owacjach mojej publiki, którą trzeba było zadowalać coraz to okrutniejszymi „rozrywkami”…  Gdy już skończyłam, całość przysypałam kupką piachu. Przyjrzałam się swemu dziełu z nieskrywaną dumą i splunęłam dla podkreślenia swego stanowiska wobec ofiary…

   - No, no, no… Nieźle mała… - Jakiś niezwykle irytujący głos sprowadził mnie na ziemię. – Całkiem zgrabnie to załatwiłaś…

   - A ty tu czego czterooki dupku? – Odwróciłam się napięcie, by zobaczyć, że za mną stoi nie kto inny jak czterooki dupek we własnej wkurzającej osobie… - Ile mają takich na stanie?

   - Jest nas wieeelu. Ale do rzeczy, do rzeczy! Jestem twoim asystentem! Miło mi poznać!

   - Tak jak myślałam, dokładna kopia poprzednika. Ostatnim razem było to samo…

   - Mam nadzieję, że mnie nie zabijesz tak szybko, panuj nad sobą kobieto…

   - Grabisz sobie młody… od pierwszego wejrzenia poczułam nieskrywaną żądze mordu.

   I to kolejna rzecz, która mnie tu niesamowicie wkurza. Asystenci. Jebane klony… Każdy jest taki sam, charakterem się różnią, ale i tak mam ochotę wszystkich powybijać… Poprzedni skończył z nożem między oczami? Nie ważne! Przyślemy ci wredną kopię i żyj z tym kochana…

   - Robię sobie przerwę, zgłoś to do centrum…

   - Oczywiście… - Odwrócił się i podreptał do wyjścia.

   Ja tymczasem zaczęłam powolny proces wtłaczania krwi  z powrotem do organizmu. Trzeba było ją oczyścić, oddzielić od posoki przeciwnika i wtłoczyć na tyle powoli, bym nie padła na zawał…

   Gdy skończyłam, trybuny już opustoszały. Żaden widz nie zostaje na przerwie, Arena oferuje zbyt wiele atrakcji, by siedzieć na tyłku i gapić się na poobijaną laskę…

   Zastanawiałam się, jak radzi sobie moja konkurencja. Aleksandr zginą… Ale to przecież nie jedyny przybyły Diler. Poza nami musiało przylecieć, co najmniej, osiem dusz. Ilu przeżyje? Z iloma będę musiała współpracować? Luźne obliczenia jasno i klarownie wysuwają jeden wniosek. Ja – opierniczając się, zdążyłam zabić czterech „ludzi”, nim na mój ring wtoczono klatkę z Onym. Czyli Ono, było już na około czterech ringach… Nie wielu nas zostało, chyba, że ktoś się poddał…

Dilerka 17


   Ten durny strój przeszkadzał mi w walce. Dobrze, że już nie było widać koloru. Wszystko przykryła ziemia zmieszana z krwią. Jedyne, co pozostało nienaruszone, to przepaska na oku…

   Miałam chwilę wytchnienia. Ono dziwnie się zachowywało. Patrzyło na mnie tylko szeroko otwartymi ślepiami i charczało. Piana w jego pysku przybrała szkarłatny kolor, całym ciałem wstrząsały drgawki. Rana krwawiła zaskakująco lekko. Przecięłam tyle tętnic, a leci jakby chciało, a nie mogło! O co tu chodzi?

   Zmrużyłam oczy i zaczęłam kręcić niespokojnie sztyletami. U tego cholerstwa wszystko jest niepokojące. Nawet jak odetnę mu głowę, dla pewności ją poćwiartuje, a ciało nabije na pal przed tym grubasem…

   Publika zaczęła się niepokoić. Słyszałam buczenie, krzyki niezadowolenia… Muszę szybko coś zrobić!

   - Ej, nooo… rusz się. – Nie chciałam do tego podchodzić. Chciałam żeby samo na mnie skoczyło.

   Uformowałam z krwi lotki, takie same jak te, którymi rzucają w barach. Moją tarczą było Ono. Skakałam dookoła niego i rzucałam, trafiając w odsłonięte ciało.

   Ono się nie ruszało.

   W końcu zrezygnowałam z zabawy i uformowałam ponownie pistolet. Zajęło mi to tylko kilka sekund. Użyłam starych naboi. Wymierzyłam w głowę i strzeliłam. Ono upadło twarzą w stronę sufitu.

   Cisza.

   Nic się nie stało.

   Czy to coś w  końcu zdechło?

   - No, to chyba koniec zaba…

   Przerwał mi okropny, donośny pisk. Zupełnie jakby ktoś przejechał widelcem po talerzu przy mikrofonie.  Zatkałam uszy i skrzywiłam się, gdy Ono podniosło się z ziemi. Wielka dziura w czaszce najwyraźniej nie wystarczyła, by odesłać to coś na tamten świat. Zaklęłam siarczyście i odskoczyłam, bo rozwścieczona bestia rzuciła się prosto na moją twarz. Machnęłam sztyletem, ale Ono odepchnęło się od mojej klatki piersiowej, zręcznie unikając ciosu i jednocześnie łamiąc mi kilka żeber…

   - Kurwaaa…. – Wyplułam krew z ust i natychmiast zostałam zmuszona do odparowywania chaotycznych ataków tego potwora. – Niech cię szlag, pierdolony terminatorze!

   Nie rozumiałam z tego nic. Nie ma czegoś takiego jak nieśmiertelne Ono. To chore! Zadanie jest nie do wykonania! Rzeczywiście będę musiała to poćwiartować!

   - Ej! Popychadło! Asystent! Spytaj się szefa, co to ma kurwa znaczyć!? Nawet w małym druczku nic nie wspominali o nieśmiertelnym!

   - Jeśli ma jakieś wąty, to sama zgłoś się do szefa! – młody chyba poczuł się jak pan i Władca, bo stał za kratą…

   - A gdzie jest Szef, kochanie? – powiedziałam to tak słodko, jak tylko mogłam.

   - Na Cyprze. Załatwia sprawy z jakimiś lewymi Dilerami…

   - Dzięki za pomoc ćwoku, dobranoc… - jednym ze sztyletów rzuciłam w jego kierunku. Wbił się w prawe oko, a chłopak nawet nie zdążył zmienić wyrazu twarzy, gdy padł na ziemię jak szmaciana lalka.

   Od początku mnie wkurwiał…

   Nie miałam jednak czasu na sycenie się swą celnością. Potwór nacierał na mnie raz za razem, gryząc ostrze i nie zważając na swe coraz rozleglejsze rany.

   Żebra bolały jak cholera, a ograniczone pole widzenia nie ułatwiało mi całej tej sprawy. Wywijałam sztyletem jak wściekła, chciałam to zakończyć jak najszybciej, nim ból przyćmi moje zmysły, ale nagle Ono zatrzymało sztylet zębami.

   Próbowałam go wyszarpnąć, ale na próżno. Czułam jak szczęki bestii zaciskają się coraz mocniej, a sztylet, choć wytrzymały, pękł na pół, pozbawiając mnie ostatniej nadziei na szybkie zakończenie pojedynku.

   Przez chwilę Ono przeżuwało resztki mojej broni, kwicząc jak świnia przy obierkach…

   Gdy skończyło, zwróciło się w moją stronę,  i łypnęło czarnymi ślepiami.

   - Szlag, nic nie idzie po mojej myśli, trzeba będzie skorzystać z własnej… - wcisnęłam kolczaste obroże w swoje nadgarstki i jęknęłam cicho gdy przebiły skórę. Moja własna krew, nie mieszała się z tą pod moimi nogami. Inny kolor, inna gęstość i konsystencja. – A myślałam, że nie będę musiała z tego korzystać…

    Wyszłam w kałuży posoki i zaczęłam formować ogromną broń ze swojej krwi.

     - Tego nie przegryziesz tak łatwo. – Piękna dwu-ostrzowa kosa w moich dłoniach, była ciężka i zimna. – Tym ostrzem obetnę ci głowę, a tym przerobię ją na tatara. Zapamiętaj to. To będzie twoja pierwsza i ostatnia działka. Oczywiście, gratis…

Dilerka 16

    Morze krwi pod moimi nogami. Haha… Morze.

    Mam dzięki temu szanse. Szansę na wygraną z tym czymś. Tak, Ono wiło się naprzeciwko mnie. W tym roku ta bestia już nawet nie przypominała człowieka. Długi do ziemi włosy umazane krwią mojego przyjaciela. Policzki rozerwane aż do uszu, to pewnie przez to, że niemal jak pies trzymało jego tułów między zębiskami. Boże, to coś miało kły. Jak rekin. Było niskie, dziwnie zbudowane. Jak nie do końca rozwinięty płód. Czy ja dobrze widzę? Ogon? Łysy ogon wystawał zza przepaski z skóry. Gdyby miało rogi, uwierzyłabym już nawet, że to diabeł.

   Drgnęło we mnie przerażenie. Co da mi krew całego świata w walce z szatańskim pomiotem? Nie! Muszę wierzyć w wygraną. Muszę żyć. Mam cel, który chce zrealizować!

   - No chodź, chodź… No dawaj!!! – Ono węszyło w powietrzu jak zwierzę. Zwróciło pysk w moją stronę i zawarczało. – No dawaj, wykolejeńcu…

   Rzuciło się w moją stronę, więc prawą ręką podniosłam ścianę z krwi, a lewą zaczęłam kombinować nad skleceniem pistoletu. Kurna, to nie było łatwe. Ono napierało na ścianę jak dzikie, co bynajmniej mi nie pomagało w skupieniu. Wszystkie części były gotowe. Połączyłam je, i w mojej dłoni spoczął ciężki czerwony pistolet z krwi. Pociski z żelaza. To zajęło mi najwięcej czasu.

   Spojrzałam na ścianę, coraz bardziej popękaną. Ono miało pianę na szczękach, warczało i piszczało jak wygłodniała hiena.

   - Żryj to, śmieciu.

   Wymierzyłam prosto w jego głowę. Huk wystrzału rozszedł się po całej Arenie. Niestety Ono odskoczyło. Rozwaliłam mu rękę. Krwawy ochłap zwisał na ścięgnie, a Ono darło japę w niebogłosy. Nie z bólu. To coś się śmiało.

   Jeszcze kilkakrotnie próbowałam to trafić. Nic nie podziałało. Ból sprawił, że Ono zwiększyło obroty, tempo jego ruchów podskoczyło o pięćdziesiąt procent. Kurwa, robi się niebezpiecznie.

   Ścisnęłam w dłoni pistolet, a ten na powrót zmienił cię w czerwoną ciecz. Tylko pociski były już nie do odzyskania. Z cichym chlupnięciem zatonęły w krwi pod moimi nogami.

   Potrzebowałam broni. Szybkiej, jak ja sama. Pistolet jest zbyt wolny. Nie oszukujmy się, nie jesteśmy przecież ludźmi… Obie ręce zanurzyłam aż po  nadgarstki i obserwowałam Ono. Siedziało w bezpiecznej odległości liżąc czarnym językiem miejsce, w którym miało jeszcze nie dawno dłoń. Z jego oczu mogłam wyczytać jedno; zjem cię.

   - Kością ci w gardle stanę. – wyjęłam dłonie i oceniłam jakość broni.

      Dwa przedłużenia ramion. Dwa niezwykle cienkie noże obusieczne. Tupnęłam nogą i przecięłam na pół każdą kroplę, która wzbiła się ponad ziemię. Na Onym nie zrobiło to wrażenia, ale publika była już na granicy swoich możliwości. Miałam wrażenie, ze zaraz się popłaczą z podniecenia…

   Szkoda, że teraz nic nie zobaczą.

   Gdy wzięłam rozbieg, wszystko się rozmyło. Nie było już ziemi i nieba. Byłam Ja, Ono i Walka na śmierć i życie. Pierwsze cięcie przeszło gładko.

   - Teraz lepiej. Teraz już tego nie wyliżesz…

   Ta sama ręka, w którą trafiłam żelazną kulą, opadła teraz na ziemię. Ono przez chwile jakby tego nie zauważyło. Powoli odwróciło się w moją stronę i machnęło ogonem.

   A potem rozpętało się piekło...

Dilerka 15

   Arene sprzątnięto w całkiem niezłym tempie, biorąc pod uwagę, że poprzedni przeciwnicy nie nadawali się nawet do nadziania na pal. Z Wampa pozostały dwie części, w tym jedna była dość…. płynna? ale, żeby uszanować tradycje, wzięłam jedną z jej nóg i położyłam obok pala, by nabić ją na sam szczyt pod koniec walk. Co do drugiego typa, musiałam go ciągnąć po ziemi, bo był zbyt ciężki. Coś się potem wykombinuje, jak go wrzucić na górę…

   Dobra. Mam już tyle za sobą, ale… najgorsze mam jeszcze do załatwienia. Ono, już znikło z sąsiedniej Areny. To oznacza tylko jedno. Teraz trafi do mnie. Mam więc dylemat do rozwiązania. Czym mam do jasnej cholery walczyć?! Ten potwór nawet się nie zmachał rozszarpując mojego znajomego.

   - Ej, dzieciaku!

   - Tak?

   - Przekaż głównodowodzącemu, że będę walczyć z Onym za pomocą Fearu.

   - Tak jest!

      Byłam podekscytowana tą walką. Adrenalina dopiero teraz udzieliła mi się w pierwotnej dawce. Podeszłam do boksu i zjadłam kilka ciastek. Muszę przyswoić dużo cukru. Wypiłam litr napoju przygotowanego specjalnie do pomnażania struktury moich krwinek. W połączeniu z cukrem, da niesamowitą mieszankę do mojego Fearu. Poczułam jak krew w moich żyłach przyspiesza obieg. Czułam się jak naćpana, gdy wróciłam na środek Areny.

   Na swoje nadgarstki nałożyłam dwie obroże, skierowane kolcami do ciała. W razie potrzeby, przebiją moje tętnice, uwalniając krew. Wtedy zacznie się moja prawdziwa walka.

   Uniosłam ramiona ponad głowę i krzyknęłam na całe gardło;

    - DOBRZE SIĘ BAWICIE?!! – Publika oszalał. Wszyscy poderwali się z miejsc i zaczęli skandować moje imię. – CHCECIE SIĘ ZABAWIĆ?!!!

   - TAK!!! CHCEMY!!!

   - WIĘC NIECH JEDNO Z WAS WYJDZIE DO MNIE NA ARENE!!! MAM DLA WAS NIESPODZIANKĘ!!!

   Jeden z widzów rzeczywiście do mnie zszedł. Głupiec. Nie musiałam nawet uwalniać Fearu. Powaliłam go na ziemię i kilkoma kopnięciami rozłupałam mu czaszkę. Krew która wypłynęła na ziemie zaczęła tworzyć kałużę, o barwie dojrzałych wiśni. Piękny widok.

   Z trybun słyszałam okrzyki przerażenia. Niedowierzanie na ich twarzach, sprawiało, że miałam ochotę się śmiać. Jak wariatka….

   Zdradzę wam sekret. Opanowałam swój Fear do perfekcji. Długie lata stąpania po tym świecie, pozwoliły mi na odnalezienie jego ostatecznej techniki. Krew widza zaczęła drgać, jakby coś dużego stąpało po ziemi. Nagle, w tym samym momencie, w którym uniosłam ręce, dwa strumienie czerwonej mazi wystrzeliły w stronę dachu Areny.

   - Jego krew, jest teraz moja. I jak. Dobrze się bawicie?

 Ph… publika na Arenie była nie dość, że zachwycona. Opętani przez rządzę mordu, chcieli dać więcej ofiar. Niektórzy sami skakali na moje pole walki. Ostatecznie, wszyscy to tylko worki, pełne krwi, nad którą mogę zapanować….

Dilerka 14

Dziewczyna stała, niewzruszona moim atakiem. Próbowałam wszystkiego, ale ona, tylko się śmiała i robiła uniki, zbyt precyzyjne i szybkie. To, że tak jak ja, nie jest człowiekiem, odkryłam już podczas naszego pierwszego starcia… Chichotała jak opętana, gdy wgryzła się w szyje dryblasa, który jej towarzyszył. Podobnie jak La i Lu, to dziecko to Wamp.

   Nie wampir, tylko istota przez nań stworzona, do wabienia ofiar. Tylko dlaczego, do jasnej cholery, jak zawsze trafiam na małe słodkie dziewczynki?! Dlaczego nigdy nie walczę z wampem, który jest brzydki i małomówny?! Zawsze kłapią dziobem…

   - O Jezuuuuu…. Zawsze marzyłam by ciebie spróbować Headhunter! Twoja krew podobno się rusza! Masz Fear! – jęczała i mruczała jak kotka… To już dawno przestało być dziecko. Wampir ją zepsuł, do szpiku kości przesiąkła złem.

   Spróbowałam ją podejść od tyłu. Skubana, myślała, że mam zamiar skoczyć jej w ramiona, więc rozłożyła je szeroko i zaczęła się ślinić. Obrzydliwe, pożąda mojej krwi tak, jak dziwka seksu.  Jest podniecona całą tą sytuacją, i mam zamiar to wykorzystać…

   Gdy znalazłam się już metro od niej, zrobiłam ślizg i przemknęłam pod jej nogami. Krzyknęła z zaskoczenia i próbował się obrócić, ale było już za późno. Rzemień bata owinęłam dookoła jej brzucha i jednym ruchem nadgarstka pociągnęłam ją do tyłu. Dziewczynka potknęła się o własne nogi i padła w moje ramiona.

   - Och, Headhunter, nie tak mocnooo! – Błądziła dłońmi po swoim brzuchu, próbując poluzować rzemień.

   - Zdecydowanie nie jesteś w moim typie, dzieci… spać! – Przytrzymałam ją za głowę i z całej siły szarpnęłam bat.

   Jej małe ciało, rozszczepiło się na dwie części, które z plaśnięciem upadły na ziemię. Jej twarz wykrzywił wyraz cierpienia, a reszta ciała drgała przedśmiertnie. Postanowiłam przyspieszyć proces jej śmierci. Podniosłam nogę, nad jej głowę i kilka razy, wkładając w to całą swoją siłę, wgniatałam jej czaszkę w ziemię. Po kilku takich kopnięciach, jej głowa pękła, a mózg, czarna papka, rozlał się na posadzce.

  - Nienawidzę takich rozpuszczonych bachorów! Nie-na-wi-dzę! Przez ciebie nie mogę nawet zatłuc tego drugiego typa! Garr…

Dilerka 13

 Zginą w jego szczękach. Krew rozlała się na całej arenie, zarówno jego, jak i innych pokonanych Dilerów.  Ono leżało na ringu, dookoła siebie, rozrzuciło zmasakrowane szczątki, które niegdyś należały do dumnego Aleksandra…

   Stanęłam jak wryta. Nie mogłam uwierzyć w to co się stało. Czy w tym roku Ono było chowane w Afganistanie?! Jeśli on nie dał rady, to jakie szanse mam ja? Za mną już czterech przeciwników, do walki z Onym zostało mi więc sześć rodzajów broni. Czy słusznie wykorzystam teraz ten bat?

   Zawołałam asystenta.

   - Wpuść dwóch na raz, nie mam czasu i chęci…. – W jego oczach dostrzegłam pogardę, którą postanowiłam zdusić w zarodku – Jeśli uważasz że nie dam sobie rady, to po cholerę za mną łazisz? Spierdalaj… - Od niechcenia machnęłam ręką, uderzając go w splot słoneczny.

   Upadł na ziemię jak szmaciana lalka. To wciąż tylko człowiek, nie ma ze mną szans…

   Podniosłam wysoko głowę i wyprostowałam plecy, gdy wmaszerowałam na Arenie. Wszyscy poderwali się z miejsc gwiżdżąc i skandując moje imię. „Eriaaa” Odbijało się echem w mojej głowie. Miałam dość tych worków z mięsem, szastających kasą na bilety, tylko po to, by zobaczyć jak ludzie walczą z takimi jak ja. Z Dilerami. Wszystko dzieje się naprawdę. Śmierć, krew i ból, są nieodłączną rozrywką na walkach o przejęcie statusu ochroniarza jakiegoś przedstawiciela Gangu… W tym roku mam zamiar wygrać, dziesięć lat temu, byłam nie doświadczoną wojowniczką, teraz wiem, że Ono ma słaby punkt i zamierzam go wykorzystać…

   Wyjęłam zza pasa bat i trzasnęłam rzemieniem ponad głową, wywołując na trybunach już niemal zbiorową histerię. Uśmiechnęłam się pod nosem na myśl o walce z dwójką przeciwników na raz.

   Pierwszy wmaszerował głównym wejściem, między oparami dymu. Potężny mężczyzna z ogromnym mieczem w rękach. Tuż za nim dreptała nieśmiało malutka dziewczynka, ubrana w kontrowersyjną i wyzywającą sukienkę.

   Dziecko nie miało broni, nie wyglądało groźnie, ale coś w niej sprawiało, że moje poczucie bezpieczeństwa malało do zera. Biła od niej nienawiść i bezduszna obojętność nad losem świata i ludzi. Miała oczy jak Ono. I to przeważyło szalę na jej niekorzyść…

   - Ej, młoda. Plac zabaw to to nie jest, ale postaram się zapewnić ci wystarczająco dużo rozrywki…

   - Oj, oj, oj!!! HeadHunter?! Zawsze chciałam się z tobą pobawić! Jesteś moją mistrzynią!

      - Pamiętaj, że uczeń nigdy nie dościga mistrza! – To powiedziawszy rzuciłam się w jej kierunku…

Dilerka 12

Druga walka. Miotacz ognia.

   Bez jaj. Mój przeciwnik numer dwa, to ogromna, dwu metrowa małpa?! Niby człowiek, ale, no kurna, skacze jak zwierzę. Pomimo swej postury, jego ruchy są szybkie jak u geparda. Posiada też siłę, która już cztery razy wgniotła mnie w ziemię, obijając przy tym kilka żeber… Całe szczęście, że moja regeneracja nie przebiega jak u zwykłego człowieka.

    - Kuźwa, jak tak dalej pójdzie to nie starczy mi czasu… - Już dwanaście minut użeram się z tym debilem! – Ej, wielkoludzie, weź się przez chwilę nie ruszaj z łaski swojej!!!

   Popatrzył na mnie swoimi małymi oczkami i prychną z pogardą. Wkurzył mnie. Tylko ja mogę tak prychać na przeciwników…!

   - Duuupkuuuu!!! Pożałujesz tego!

   Wzięłam rozbieg i… pobiegłam w przeciwnym kierunku, zupełnie jakbym chciała uciec. Łyknął haczyk.  Krzykną coś bliżej niezidentyfikowanego (Ghebleble?) i doskoczył do mnie w jednej chwili.

   -Dzięki, cukiereczku… - odwróciłam się napięcie i wbiłam lufę miotacza, prosto w lego rozwartą gębę. – Żryj to śmieciu.

    Pociągnęłam za spust i po kilku sekundach, ogień pochłoną całą jego głowę.  Nie krzyczał, nie szarpał się. Nie miał czasu, bo jego mózg został przerobiony na jajecznice zaraz po pociągnięciu za spust.  Tak dla pewności, sfajczyłam go całego, zanim został nabity na pal.

   - I widzisz nożowniku? Masz towarzystwo! Ej! Dawać następnego, nie mam czasu, rezygnuje z przerwy.

   - Ale musi pani wybrać broń! Nie można walczyć tą samą! – Mój asystent, przydzielony na czas walk, uwijał się jak mrówka. – Musi pani też…

   - Zamknij się. Dawaj bat i spieprzaj… - Spojrzałam w stronę drugiego ringu, na którym walczył Aleksandr Elron G.

   Na jego palu, wesoło dyndały cztery zmasakrowane trupy. Spojrzałam na swój pal i wydęłam usta jak dziecko. Nie przegram z kimś takim…  Poprawiłam swój strój i żwawym krokiem weszłam na arenę. Mój asystent podał mi bat i uciekł do swojego stanowiska. Wyczekiwałam przybycia trzeciego przeciwnika, gdy na drugiej arenie, ktoś krzykną przeraźliwie.

 -Aleksandr? – Na jego arenie stała, wielka, pusta  klatka. – Aleksandr! – Ono, trzymało go między rzędem ostrych jak brzytwy zębów.

   A przynajmniej, tułów Aleksandra. 

Dilerka 11

Pierwsza broń. Kosa.

   Moim przeciwnikiem był nożownik, chudy jak patyczek. Myślałam że pójdzie gładko, że po kilku minutach będę miała go z głowy! Niestety owy upierdliwiec  trzyma się już od przeszło pół godziny…  Nie mogę go dosięgnąć. Źle wybrałam broń. Gdy poinformowano mnie, że będzie to facet z nożami, myślałam o napakowanym debilu z maczetą…

   - Cholera! Daj się wreszcie ciachnąć! Zrozum mnie! Zależy mi na tej pracy! – Pierwsza walka, a ja już gadam głupoty… - Obiecuje, że nie będzie bolało.

   - Goń się. Mi też zależy…  - Sięgną do kieszeni po następny sztylet i precyzyjnie wymierzył w moją głowę.

   - Nie tak szybko cukiereczku… - Obróciłam się kilka razy dookoła własnej osi i rzuciłam w niego moją kosą. Trafiłam prosto w czaszkę, która chrupnęła donośnie. Nie zabiło go to, ale dopóki jest nieprzytomny, mogę spokojnie nabić go na pal…

    Podeszłam ostrożnie, podniosłam z ziemi kosę, a później samego pana nożownika. Podeszłam do zaostrzonego drągu i nabiłam jego ciało. W jednej chwili się ocucił. Krzyczał w niebo głosy, gdy jego krew ciekła strumieniami po drewnie. Zamachnęłam się i odcięłam mu głowę.

   - Krzyżyk na drogę. Pierwsza i ostatnia działka, cukiereczku…  - Wytarłam ostrze o jedną z pończoch i wyrzuciłam kosę poza arenę.

    Publika oszalała. Wszyscy z zachwytem wpatrywali się w owoc mojego półgodzinnego biegania w te i we w te… Uniosłam ręce do góry i krzyknęłam jak dzika. Show must go on! Może to i worki z mięsem, ale to właśnie te bezużyteczne kreatury, które siedzą teraz na trybunach, zapewnią mi pracę.

   Pierwsza walka-skończona...

Dilerka 10

 - To są jakieś kpiny – Wiedzieli, jak doprowadzić mnie do szału. W czymś takim nie sposób mnie przeoczyć, a ja tak cenię sobie dyskrecję. – Nawet przebieralni nie ma, cholerne burżuje…

   Taaak… Przebierałam się w kącie. Wywołałam małe zamieszanie zestrzeliwując wszystkie żaróweczki w promieniu dziesięciu metrów, ale przynajmniej mam spokój. Wcisnęłam się w ten kontrowersyjny strój, który bynajmniej gryzł się z moim dotychczasowym imidżem i ruszyłam w stronę areny. Ignorowałam wszelkie gwizdy, próby klepnięcia i inne samcze zachowania. To wszystko zbywałam uderzeniem w delikwenta torbą z bronią, a nuż jakieś ostrze się wysunie i rączkę oberżnie…

   Miałam jeszcze piętnaście minut do rozpoczęcia walk. Stałam przy arenie i oczekiwałam przybycia innych wojowników. Miało być ich dziesięciu. Mój informator, mówił o trzech kobietach, sześciu mężczyznach i jednym. Ten jeden nie posiada określonej płci. To stworzenie, wychowane od urodzenia przez jednego z Lordów. Od urodzenia pchane w stronę żądzy krwi, przeważnie ludzkiej. Nie posiada broni, gdyż samo w sobie jest najstraszniejszą istotą. Dziesięć lat temu musiałam się mocno postarać by przeżyć. Gdy cała dziewiątka, skończyła nabita na pal, wpuszczono na ring Ono.

   Najpierw nie chciało wyjść z klatki. Syczało i charczało, a ja widziałam tylko dwa czerwone ślepia, od których biła furia. Później wyszło. Zakryłam wtedy usta ręką, by powstrzymać odruch wymiotny. Zaszkliły mi się oczy. To co ujrzałam rzuciłoby na kolana najtwardszych ludzi z oddziału SAS…  Wychudzona, usiana bliznami istota śliniąca się na sam mój widok, zaczęła biec w moim kierunku z wyciągniętymi rękoma. Gulgotało- „Krew! Krew!”-  gdyż nie śmiem nazwać tego bełkotu mową. Przed pierwszymi atakami obroniłam się resztkami Fearu, ale, gdy poczułam że zbliżam się do limitu, spasowałam i zaczęłam uciekać. Wspięłam się na drzewo, które stało na arenie i tylko kopałam ono po mordzie, gdy ten zaśliniony pysk był zbyt blisko…

   - Ej, ej, ej… Kogo my tu mamy!? Uciekinierka? Znowu? Czy ty się nie starzejesz?

   - Właściwie, to nie. Dzięki za troskę, wypierdalaj…

   - No nie bądź taka, nie tylko ty będziesz dzisiaj walczyć. Widzisz tamtą arenę? No. Niezła co nie? Ty walczysz na jednej, ja na drugiej. Powodzenia uciekinierko!

   Pha… Ten debil znów będzie próbował…  Dziesięć lat temu miał pecha i jego pierwszym przeciwnikiem było Ono. Wygrał, ale zużył całe dziesięć broni i zajęło mu to dwadzieścia trzy godziny, bez przerw. Nie miał jak walczyć, więc pięściami rozdupił drugiego przeciwnika. I wtedy, skończył mu się czas…

   - Jestem HEADHUNTER, GREAT DILER!!! Nie żadna uciekinierka! Tym razem wygram!

   - Zobaczymy! – Pobiegł w stronę swojej areny i pomachał mi na pożegnanie.

   Zapamiętajcie go. To Aleksandr Elron Gare. Jedyna istota na ziemi, którą podziwiam.

Dilerka 9

   W tej dzielnicy w ciągu jednej nocy ginie co najmniej pięciu ludzi. W niedziele i święta, liczba ta, zaskakująco podskakuje aż do dziesiątki…

   Wszędzie walają się śmieci. Bary, poupychane jeden obok drugiego, kuszą zjełczałym piwem, rozcieńczoną wódką i dziwkami, od których można złapać tylko i wyłącznie jakiegoś syfa. Co kto lubi. Ja osobiście nie szukam tu żadnej rozrywki.  Przyszłam z przymusu. W interesach. Headhunter potrzebuje pracodawcy. „Płatna morderczyni i dilerka do wynajęcia w dni powszednie za godziwą stawkę dwóch patoli za dobę… ”. Szkoda tylko, że muszę dostać pozwolenie na handel swą skromną osobą.

   Bo takie tu panują zasady cukiereczki. Chcesz dla mnie pracować? Dam ci tyle, ile żądasz, tylko udowodnij, że jesteś tego warta. Muszę stanąć na ringu, pokonać dziesięciu przeciwników w ciągu dwudziestu czterech godzin. Do wyboru mam dziesięć broni.  Dwa pistolety, kosę, Fear, bat, miotacze ognia tudzież ciekłego azotu, stalową linkę, kij naszpikowany kolcami, sztylet do rzucania i kastet. Pomiędzy walkami mam przerwę na zmianę wyposażenia. Jeśli pójdzie mi sprawnie, może nawet znajdę czas na skorzystanie z toalety…

   - Tylko gdzie jest ta Arena? – Mówienie do siebie jest nie zdrowe, ale czasem pomaga…

   Szukałam Ogromnego czerwonego budynku z świecącym logo cukierni „Lukrowany Pączuś”. No, trzeba się jakoś maskować! Już nie raz, nie dwa, policja organizowała włamy w podejrzane miejsca, kończąc tego typu imprezy z tzw. „hukiem”. Ja już sobie śrutu z dupy wyciągać nie będę….

  - To powinno być gdzieś tutaj… - Wyjrzałam zza rogu i moim oczom ukazała się niezwykle świecąca budowla. Wszędzie biegały ledowe pączki, wszędzie był roziskrzony lukier i brokatowa tęcza. Że nie wspomnę o różowym logo… - Aż się flaki przewracają i zęby wypadają… I w takim miejscu mam zabijać ludzi?! Żenada….

   Przez długi czas plułam sobie w brodę, że zgodziłam się na ten szajs. Jakby nie mogli wyłączyć tego całego oświetlenia! Wyglądałam jak debilka, w czarnym skórzanym płaszczu do kostek, wojskowych butach i objuczona czterema torbami, które po brzegi wypełniłam bronią… No i jeszcze uroczy kapturek na którym wciąż widniały plamy krwi szaraczków….

    Poprawiłam przepaskę na oku, grzywkę zmierzwiłam ręką i pchnęłam różowe drzwi, prowadzące do wnętrza Areny Śmierci.

   Od razu uderzył mnie zapach krwi. Oblizałam wargi i uśmiechnęłam się z pobłażaniem. Koleś startujący w tych zawodach przede mną, który miał mnie rzekomo pokonać, został nabity na pal. Przegrał, o czym świadczyło to, że brakowało mu rąk i oczu. Symboli wojowników.

   No bo widzicie. Jak już wspominałam, nie jestem nawet stu procentowym człowiekiem. Władam krwią, jestem silniejsza, żyje dłużej i posiadam wytrzymałość słonia. Wszyscy dilerzy, stojący na moim poziomie, są mutantami. Drogimi najemnikami. Te zawody, służą wyłowieniu spośród setek, dziesięciu najlepszych, którzy staną na czele ochrony przedstawiciela gangu. Goryl wygrał mnie dziesięć lat temu. Teraz chce wygrać, by zająć miejsce władcy gangu.

   Jeśli służąc jakiemuś Gangsterowi, zabije go, automatycznie zajmę jego miejsce. To będzie mój nowy początek.

   - Ty jesteś „great dealer headhunter”? szykuj się do wejścia. Masz jeszcze dwie godziny na przygotowanie. – Anonimowy typek wcisną mi do ręki strój, w którym miałam walczyć. – Przebierz się.

   - No bez jaj! - Sądziłam, że tak jak dziesięć lat temu, pozwolą mi walczyć w dżinsach i podkoszulku. Nie. Najwyraźniej humory im dopisują.- Nie włożę tego!

   - Nie ty o tym decydujesz złotko. Wbijaj się w to i bez dyskusji… - Anonimowy typek, chyba naprawdę prosi się o lanie.

     Różowa mini spódniczka, kusy top (tu was zaskoczę, fuksjowy…) i fioletowe pończoszki… To wszystko oczywiście gęsto usiane pączuszkami, brokatem i całym różowym gównem jakie można zdobyć na tym świecie…

Dilerka 8


   Goryl zasłużył na lanie. No cóż. Ja zasłużyłam na wiśniowe ferrari i kogo to obchodzi… Szefa nie wolno tknąć. Kolejna głupia zasada. Raz ją złamałam. Skończyło się na wizycie w szpitalu. Goryl sam w sobie jest bezbronny jak niemowlę wobec mojej siły. Ale jak każda osoba, urodzona pod szczęśliwą gwiazdą, ma jakiś talent. Co bym nie zrobiła, moje ataki obrócą się przeciwko mnie. Jeżeli wystrzelę pocisk w jego stronę, odbije się on rykoszetem i trafi we mnie. Jeżeli użyje Fearu, zamiast zadać mu śmierć, po prostu rozpłynie się w powietrzu, centymetr przed jego gębą…  Jednak Goryl nie ufa swemu talentowi. Gdyby przyszło mu zmienić żarówkę (może kiedyś?) zapewne odciął by całe zasilanie w budynku, by nie walnął go prąd.

   Gdy dwa lata emu, nie wytrzymałam jego grubiańskiego zachowania, rzuciłam się na niego z całym arsenałem jaki miałam pod ręką. Chciałam go zabić, zadać cierpienie o jakim mógł do tej pory tylko śnić, w najgorszych koszmarach. Nic nie zadziałało. Niemal wszystkie kule, wystrzelone z mojego ukochanego M4A1 wróciły do mnie. Kilku cudem uniknęłam, reszta wbiła się w moje ciało, odrzucając je na dwadzieścia metrów. Wtedy użyłam Fearu. Zebrałam całą krew z podłogi i uformowałam ją w kosę. Biegłam prosto na niego. Leżał na ziemi i łkał jak dziecko. Bał się.

   Wzięłam potężny zamach i gdy już miałam odciąć mu głowę, kosa rozpłynęła się w moich rękach. Krew odmówiła posłuszeństwa i spłynęła na ziemie. Zachwiałam się i upadłam z wycieńczenia. Pięć ran w ciele wciąż lekko krwawiło. Na kosę zużyłam niemal cały limit zbędnej krwi. Po prostu teraz zaczynało mi jej brakować.

   Co było później? Niemal jednocześnie, Goryl i ja, zemdleliśmy. On ze strachu, ja z wycieńczenia. Znalazły nas bliźniaczki, całych umazanych w posoce. Mnie zawiozły do szpitala, a Goryla pozostawiły samemu sobie. I dobrze mu tak.

   Oczywiście nic mu się nie stało. Poza kilkoma siniakami był zdrów jak ryba. Ja zaś, poza utratą znacznej ilości krwi, miałam złamaną rękę, i kilka dziur w ciele. Trochę to niesprawiedliwe.

   Cała historia skończyła się marnie. Miałam dług wdzięczności u wampów i na pieńku u szefa, który ukarał mnie za ten atak pięcioma miesiącami bez dostawy towaru. Dlatego teraz jestem tak wściekła. To co mi dał w tej teczce, było zaledwie okruchami. Nie da się z tego wyżyć.

    - To jest jakiś żart. To jest, kurwa, prowokacja. – odwróciłam się napięcie w stronę drzwi i ostentacyjnie wymaszerowałam z bazy. Na odchodnym krzyknęłam by znalazł sobie inną dziewczynkę do obrony. Bo ja odchodzę.

   - Headhunter! Nie możesz odejść! Mieliśmy umowę! – Panika  w jego głosie była rajską melodią dla mych uszu.

   - Wiesz, co możesz sobie zrobić z tą umową? – Uniosłam dłoń i pokazałam mu digitus infaminis – Możesz ją sobie zjeść, smacznego.

   Aż do hangaru, w którym schowałam motor, biegłam jak opętana. La i Lu goniły mnie, krzycząc wniebogłosy, bym się zatrzymała. Potrzebowały podwózki, której nie miałam zamiaru im udzielić. Niech spadają na drzewo…

   Jestem wolna. W końcu. Headhunter przechodzi na tak zwaną emeryturę. Powraca Eria.

Dilerka 7

Sprzątania było co niemiara. Kila trupów, nie chciało się odkleić od podłogi. Szlag, chyba trzeba będzie iść po szczoteczkę do zębów. Nawet te dwa Male wampy wzięły się wreszcie do roboty. Zasuwały, aż im się te kiczowate pomarańczowe rajstopki zmarszczyły. Tylko goryl się opierdalał. Stał w rogu Sali i ćmił skręta. Jakieś dwie lasencje (nie wiadomo skąd je przywiało) kleiły się mu do brzucha, mrucząc jak silniki. Wkurzające typy.

   Po skończonej robocie oparłam się plecami o blat baru i pociągnęłam łyka z jakiejś nie oznaczonej butelki. Prawdopodobnie zabiło by to zwykłego obywatela, ale nie mnie. Ja nie jestem nawet człowiekiem.

   - Ej! Headhunter! Łap! – Goryl rzucił w moją stronę jakąś czarną walizkę. – To twoja działka. Zasłużyłaś.

   - Udław się! Wiesz ile się namachałam?! I tylko tyle?! Tym to Se możesz co najwyżej dziury w oknach pozapychać! To ma byś trawka?!

   - Nie narzekaj. Ciesz się że żyjesz.

   Krew napłynęła mi do twarzy. Ciśnienie podskoczyło, aż miło. Skurwiel się doigrał. Jak tu kurna sobie ręce do łokci zdzieram, by on mi w podzięce prezentował jakieś marne resztki?! Ja go chyba zatłukę! Spojrzałam na La i Lu. Czy je to też tak wkurzyło?

   - Zostaw. Nie ruszaj, bo wiesz jak to się skończy.

   - Ale on właśnie…

   - Nie. Nie ruszaj gówna. Pamiętasz co było ostatnio, jak ci nerwy puściły? Twój Fear trzeba było zbierać z całego terenu. – Fear to krew. Inna, bo można nią władać. Zacinam się w rękę i krew, która upłynie z rany, zamienia się w bicz, pocisk, miecz. W zależności jak ją uformuje.

   Nie jestem człowiekiem, zapamiętajcie to sobie.

Dilerka 6

Ciało nastolatka osunęło się na ziemie z cichym plaśnięciem. Był martwy. Otoczona przez dwudziestkę jemu podobnych istot, zaczęłam się poważnie zastanawiać czy dam radę. Oni wszyscy byli martwi. Ale dopiero gdy srebrne kule, wystrzelone z moich  rewolwerów, przebiją ich czaszkę i rozprysną się w mózgu, będę miała pewność, że są naprawdę martwi. Zombie? Nie, ja bym to raczej określiła jako „Zachłanny Nastolatek Chcący Wylizać Me Kości…”.

   - Kurwaaa… - Wyciągnęłam z kieszeni mój odtwarzacz MP3 i wcisnęłam w uszy słuchawki. Bez muzyki nie dam im rady.

   Gdy kawałek Demigods zahuczał na pełnych obrotach, poczułam, że jestem w stanie zrobić wszystko. Stanęłam w rozkroku i wymierzyłam obiema rękami. ŁUP, ŁUP!!! Kolejne ciała osunęły się na posadzkę. Osiemnaście. Doskoczyłam do grupki byłych dziewczyn i ścięłam je nogą, po jednym  strzale w głowę. Piętnaście. Poczułam jak czyjaś ręka chwyta mnie za bark. Odwróciłam się napięcie i stanęłam twarzą w twarz z jakimś obdartusem.

   - Cześć, piękny!- Uderzył mnie w brzuch z siłą jaką mogą posiadać tylko naćpane szaraczki. Piękna czarna konstelacja przefrunęła mi przed oczami. Kurwa.

   Wbiłam mu rewolwer w ucho, przebijając się przez czaszkę i wystrzeliłam z szewską pasją. Teraz miarka się przebrała. Nie ma taryfy ulgowej. Wszyscy zdechną w męczarniach… Opuściłam obie ręce i pozwoliłam by ukryte noże wysunęły się ze skrytek w rękawach, prosto w moje ręce. Pierwszy nóż poleciał w stronę jakiegoś chłopaczyny, drugi wbił się prosto w piękne zielone oko, należące niegdyś do typowej szkolnej piękności.

   - Żeby życie miało smaczek, raz dziewczynka, raz chłopaczek, hłehłehłe…  - Dwanaście.

   Później rozpętałam piekło, przy którym Afganistan to piknik przedszkolaków. Cała umazana w ludzkiej krwi i flakach, udałam się prosto do pokoju szefa. Zdałam mu krótką relacje z walki, dostałam opiernicz za zdemolowanie sali od imprez i rachunek. Za tę jego kiczowatą kule dyskotekową. No co poradzę, sama spadła! A to ciało pod nią? No kurde, wszystkich szaraczków nie upilnuje, pewnie sam ją zwalił, fagas jeden…

   - Dobra, żarty żartami, po co przyszłaś? – Goryl nigdy mi nie podziękował za uratowanie jego tłustej dupy.

   - Przyszłam po prochy, o ile oni wszystkiego nie wszamali. – Wskazałam na jakąś bliżej nie zidentyfikowaną część szaraczkowego ciała (czy mi się wydaje czy to jest pieprzona śledziona?!).

   - HEADHUNTER!!!!!!!!!! – La stała w drzwiach do Sali. Była zdyszana, potargana i wściekła. Piękny widok. Wyszczerzyłam się głupawo i pomachałam jej ręką należącą do szaraczka. – T-ty..

   - Ja ciebie też La. – Roześmiałam się głośno. Należało się im. Cholerne wampy…

   - Dlaczego nam nie pomogłaś?! Musiałyśmy jechać Stopem, bo ten debil od motorów nie chciał nam nic wypożyczyć! Że już nie wspomnę o tym gościu co nas podwoził! Zbol jakiś! Ciągle się na nas patrzył tymi swoimi świńskimi oczkami!

- Gdzie teraz jest? – Pytanie iście retoryczne, te wampy pewnie…

   -W jakimś rowie. Po raz pierwszy prowadziłam samochód… - Zza pleców La, wyszła jej siostra bliźniaczka Lu.

Dilerka 5

Szaraczki to zwykle głupia dzieciarnia, chcąca zaszpanować. Szaraczki to ćpuny, które nie znają umiaru. Dlatego nie ma dla nich miejsca w bazie. Jeżeli Goryl wpuszcza je na imprezy, to, to oznacza tylko jedno. Nie mamy tu do czynienia z ludźmi.

    Do bazy podbiegłam od tyłu. Weszłam do środka schodami pożarowymi i bezszelestnie przemknęłam obok pokoju Goryla. Zapukałam do drzwi pięć razy i kopnęłam raz. To taki znak, że wkraczam do akcji. I bynajmniej nie chcę, by szefuncio plątał mi się pod nogami…

    - Ej! Headhunter! – Goryl wydzierał się za drzwiami. – Powodzenia!

   - Spoko! Nie dam się byle czemu!

   - Zapamiętam to. I jeszcze jedno. Nie daj się zabić.

   - Bez łaski dupku, bez łaski…

    Wyjęłam broń zza uprzęży i zakasałam rękawy. Jeśli ta gruba dupa każe mi przeżyć, to mogę się szykować na ostrą jazdę. Hej, ho, lets go! Jednym kopnięciem otworzyłam wielki drzwi, prowadzące do pokoju, w którym odbywały się wszystkie imprezy. W lewym rogu, od zarania dziejów, stał bar, w którym można dostać niemal wszystko. Dookoła całego parkietu poustawiano okrągłe stoliki, udekorowane małymi fajkami wodnymi.  Pod sufitem, zawieszono (obowiązkową!) kulę dyskotekową, która rzucała na salę złote refleksy. Nic się tu nie zmieniło. Nooo… Może poza tym drobnym szczegółem. Nie pamiętam, by ostatnio walały się tu jakieś zwłoki…

    Szaraczki, okazały się być ofiarami skutku ubocznego, naszego cudownego Szaraczkus Wabius. Konkretnie, po przedawkowaniu (Co jest niemal niemożliwe!) nabierasz ochoty na, jak widzę, wciąganie kresek z jelita swojej dziewczyny. Dosłownie. Chłopak, na oko dwudziestoletni, trzymał na kolanach niezłą laskę, w różowej mini, obcisłym brokatowym topie i fluorescencyjnej bojówce. O! i jeszcze ta ziejąca dziura w brzuchu!

   - Boże… Z roku na rok jest z nimi coraz gorzej. EJ! ŚMIECIE! ZATAŃCZYMY?! – Osiągnęłam swój cel. Wszystkie przekrwione oczęta, zwróciły się ku memu skromnemu obliczu.

   Efekt, był taki jak zwykle. Najpierw, w spowolnionym tempie, kilka osobników porzucało swoje dotychczasowe zajęcia. Wstawali z krzeseł, odrzucali kawałki ciał na bok, przestawali podrygiwać na parkiecie, w rytmie Trans Techno.  Jak jeden mąż sunęli w moją stronę. Powolutku, pomalutku… Zdążyłam się przygotować w każdym calu. Broń z pełnym magazynkiem, jest! Sztylety w ukrytych kieszeniach są? Są! Buty zasznurowane? Tajesss! No to do dzieła.

   Doskoczyłam do pierwszego celu i włożyłam mu pistolet, prosto do rozdziawionej paszczy. Pociągnęłam za spust i pierwszy huk wystrzału wypełnił całą salę. Chłopak osuną się bezwładnie na ziemię. Martwy.

   - Pierwsza działka, zaaawsze graaatis, przystojniaczku. – ogarnęło mnie to cudowne uczucie, które towarzyszy tylko zabijaniu. Adrenalina pompowana na wysokich obrotach, była jak miód na moje serce. – Chcecie więcej? Płaćcie moje małe szaraczki! Płaćcie swoim życiem!

Dilerka 4

 Dwanaście stacji później, eskortowana przez dwie cukierkowe dziewuszki, wyszłam z pociągu i udałam się prosto do wypożyczalni motocykli. Czarny potwór, palący nieziemskie ilości benzyny, jak co miesiąc stał i czekał, aż na niego wsiądę i pognam stanową 33. Zapłaciłam gościowi siedzącemu w obskurnej kanciapie i wsiadłam na motor. Nie zważając na prośby i piski dwóch małych wampów, odjechałam z miejsca z piskiem opon. Sama.

****

   Wiatr smagał moje włosy, silnik mruczał jak kotka, rewolwery obijały się o biodra. Czego chcieć więcej? Do tego świadomość, że małe wampy zostały daleko w tyle, pozostawione na pastwę okrutnego losu.  Bezcenne.

   Przez najbliższą godzinę, będę siedzieć na mechanicznym potworze i słuchać starych szlagierów. Tylko ta jedna godzina w miesiącu, daje mi poczucie bezpieczeństwa i wolności. Prymitywna rozrywka, bezmyślna jazda, tą samą trasą, ale mi to wystarczy – właśnie tego mi trzeba, po miesięcznej wegetacji.

   Sprzedaje narkotyki (opycham szaraczkom detergenty, ha, ha, ha….), to już wiecie. Skąd je biorę? Otóż. Raz na jakiś czas odwiedzam mojego „szefa”, czyli Goryla. Kupuje od niego towar, mieszam go z Proszkiem Na Rozweselenie Klienteli (łac. Szaraczkus Wabius) i BUUM!!! Oto cały przepis. Kolumbijska mafia ma tego szmelcu aż za wiele, więc po zaniżonych cenach opylają Gorylowi, kokę, trawkę i inne gówna. Produkcją proszku zajmuje się Statek Matka czyli Rosja. Kto konkretnie? Tego nie wie nikt. Szczerze powiedziawszy dopóki działa bez zastrzeżeń, obchodzi mnie to na równi z zeszłorocznym śniegiem.

   W słuchawkach leciała moja ulubiona piosenka „Time after time”…

                                                                         *    *    *    *

   Odstawiłam motor w opuszczonym hangarze i resztę trasy pokonałam pieszo. Wioska była równie zasiedlona, jak Czarnobyl po wybuchu. Nagie okna, dziurawe okiennice i brak drzwi, były tu na porządku dziennym. Jedynie liczne ślady stóp, odciśnięte na piachu, świadczyły o jakimkolwiek ruchu istot oddychających. Byłam jedną z nich.

   - Witaj Headhunter. – Jeden z członków D. Klawe, niechlujnie oparty o ścianę salooonu, ćmił fajkę. – Jak idą interesy?

   - Nie najgorzej. – Jak tylko mogłam, unikałam tego typu rozmów. Skrzywienie zawodowe. Każdy jest potencjalnym kapusiem. – Idę do Goryla, jest u siebie?

   - Czy jest?! Dziewczyno, w jego bazie, obecnie, brakuje tylko glin! – Anonimowy gość odchylił głowę do tyłu i zawył przeciągle (fałszując przy tym niemiłosiernie…)- Jest ostra biba! Śpiesz się, bo te nowe ćpuny wszystko pożrą.

   - Wpuścił na imprezę szaraczki? – Byłam w nie małym szoku. Goryl, podobnie jak ja, miał swoje zasady. Szaraczki nie mają wstępu do bazy. Bez wyjątków.

   - Tak między nami – Koleś nachylił się do mnie i konspiracyjnym szeptem, powiedział coś czego najbardziej się obawiałam. – Goryl mówił, że to robota dla ciebie. Wchodzisz w to?

   - Polowanie?

   - I to jeszcze jak. Do boju „great dealer headhunter”. Zaprezentuj im pierwszą działkę, jakiej jeszcze nie widzieli.

   - Tak jest. – Wbrew sobie uśmiechnęłam się szeroko. – Z wielką przyjemnością.

   Polowanie czas zacząć. I pamiętajcie. Pierwsza działka zawsze gratis.

Dilerka 3

Dziewczynka wyglądała na sześć lat. Długie blond włoski ,upięte na czubku głowy, były zadbane. Ubranie porządne, wyprasowane i baaardzo urocze. Na pewno ma dobrą mamę. Taka myśl nasuwa się przechodniom, gdy ją widzą. Jaka szkoda, że się mylą. La, była jedną z bliźniaczek. W skrócie, od dwudziestu lat wyglądają jak małe rozkoszne smarkule. Pieprzone wampy…

   - Po co przylazłaś? Gdzie jest Lu? – Jak zwykle wystrzeliłam w jej kierunku pytania na które nie będzie odpowiadać. Od tego jest Lu.

   - Jak zwykle brak ci powściągliwości Headhunter… Jestem gdzie byłam.

   Lu i La wyglądały jak dwie krople wody. La prowadziła jednostronną konwersacje, Lu odpowiadała na pytania. Zawsze zagadkami, naokoło, unikając jasnego przekazu. Obydwie były członkiniami Drugs Klawe. Można by powiedzieć, że są moimi szefowymi, ale raczej trudno sprecyzować ich stanowisko. Co robią? W jaki sposób nikt ich jeszcze nie zabił, skoro szlajają się po slumsach, sypiąc Kokainę na prawo i lewo?

   - Mamy towar na sprzedaż dla Goryla. – La patrzyła w nieokreślonym kierunku. – Wszystko co zamawiał, ale bez obaw, znajdzie się też coś dla ciebie.

   - Macie ten proszek? – Odsłoniłam zdrowe oko i obserwowałam przechodniów. Plecy szczypały mnie z zimna, ale nie miałam zamiaru rezygnować z bezpieczeństwa jakie gwarantowała mi ściana.

    - A co szaraczki zdychają? – Lu zachichotała jakby właśnie usłyszała kawał życia. Mówiła o morderstwie, co świadczy o tym jak bardzo są popieprzone. – Cenna klienteria idzie do piachu, a świeżynek brak?

      - Morda. Po prostu chce się zabezpieczyć. – przezroczysty proszek. Trzy miligramy na kilo towaru, a szaraczki nie mogą przestać brać, od pierwszego skręta, kreski, łyżeczki. Środek silnie uzależniający.

    - Zobaczymy co na to Goryl. Poza tym, brałaś pół roku temu. Nie wiem czy ci się należy. – Lu poprawiła swój cukierkowy płaszczyk i strzepnęła wyimaginowany pyłek, ze swoich pomarańczowych rajstop. – Stać cię?

    Zacisnęłam zęby i powstrzymałam się od wyciągnięcia broni. Nie w miejscu publicznym, ale nie ręczę za siebie jak spotkam te dwa małe wampy na jakimś odludziu… wtedy, zobaczymy, kto jest sprytniejszy. Na peron wjechał mój pociąg. Oderwałam się od ściany i żwawym krokiem weszłam do przedziału. Tuż za mną dreptały La i Lu. Usiadłam obok wyjścia ewakuacyjnego i naciągnęłam na głowę kaptur. Słuchawki, z których nie leciała żadna muzyka, wetknęłam na uszy i udawałam, że kiwam nogą w takt perkusji. To tak dla zmyłki…

Dilerka 2

Sprzączki obroży dźwięczały cicho na wietrze. Patrzyłam jak uderzają o siebie i wracają na miejsca, jak pięknie odbija się od nich światło. Chwyciłam je w dłonie i spięłam jednym ruchem. Zawiesiłam je na swoich biodrach i wetknęłam za nie dwa rewolwery. Na plecach, tam gdzie zwykle. Dziś wychodzę na zewnątrz. To niebezpieczne. Dlatego biorę ze sobą maleństwa.

   Narzuciłam na siebie płaszcz i zasznurowałam buty. Już czas. Raz w miesiącu osobiście dostarczam towar na wybrzeże. Jadę kolejką, wypożyczam motor i resztę trasy pokonuje pieszo. Łatwizna.  Wystarczy tylko nie rzucać się w oczy. Trudniejsze. I wyjść ze spotkania z przywódcą triady nietknięta. Niemożliwe do zrealizowania….

   Ten przerośnięty Goryl jakimś cudem dowodzi jedną z najsilniejszych rodzin mafijnych. Kontroluje wszystko, każda złotóweczka przecieka najpierw przez jego palce, by potem trafić do handlarzy bronią, dziwek i słabszych rangą dilerów. Całe szczęście, ja jestem niezależna. Zdarza  i się pożyczać od niego kasę, ale to tylko w wyjątkowych sytuacjach.  Gdy jestem po „zakupach” lub gdy muszę płacić haracz, czyli podatek od bycia „great dealer headhunter!”, ale o tym później.

   - Poproszę bilet.

   - Tam gdzie zwykle? – Sprzedawca pracował tu od zawsze. Dosłownie. Wiedział wszystko, o wszystkich. – Znów będziesz się płaszczyć Gorylowi?

   - Zamknij się i dawaj ten świstek! – Szczerze? Nie przepadałam za gościem. Wkurzał mnie swoją wiedzą. – Masz kasę, reszty nie trzeba.

    - Kupię sobie coś ładnego, panienko. – Uśmiechną się szeroko ukazując wszystkie spróchniałe zęby w całej okazałości.  Ohyda…

   - Protezę? – Prychnęłam pod nosem, gdy wręczył mi bilet i pobiegłam na stacje.

   Podłoga była wyłożona marmurem , wszystko muśnięte przepychem i kiczem. Nienawidzę dworca. Na zwykłych, kręcą się menele i świry, na tym, biznesmeni i dzieci forsy. Nie pasuje tu, i oni dobrze o tym wiedzą, o czym świadczą te wszystkie spojrzenia w stylu „burdel jest na lewo psze pani…”. Przecisnęłam się przez tłum na sam koniec peronu i oparłam się plecami o ścianę. Zasada numer pięć. Plecy mają być zawsze bezpieczne, a całe zagrożenie odsłonięte jak na dłoni. Zagrożeniem mógł być każdy. Ten dupek w garniturze, dziunia w różowej mini i starucha w futrze.

   - A nawet ja?  - Dziewczynka pojawiła się znikąd. Jak zwykle. – Z twojej twarzy można czytać jak z otwartej karty.

    - Nie strasz mnie młoda…

Dilerka 1

- Masz towar?

- Tak, ale gdzie z tymi łapami?! Najpierw forsa, później trawka.

- Wyzyskująca świnia… - Dresiarz był dumnym posiadaczem okropnej mordy, która wyglądała jakby ktoś porządnie przeorał nią chodnik. Opryskliwy, Obleśny i Uzależniony. Mój ulubiony typ… - Masz. A teraz dawaj towar, bo…

- Bo co? Bez nerwów kochanie, najpierw przeliczę kasę, by sprawdzić czy umiesz dwa patole uzbierać…  - Przerzucałam banknoty między palcami i szybko liczyłam, sto, dwieście, trzysta…  itd. - No! Pięknie, widać, że podstawówkę skończyłeś! Masz. Zakrztuś się.

- Suka…- Mamrocząc obelgi pod nosem, uciekł z mojego mieszkania, rozglądając się uważnie na boki.

   Mój stały klient. Raz w tygodniu bierze ode mnie trawkę, płaci dwa patole i ucieka gdzie pieprz rośnie.  Podczas transakcji nie omieszka długim wygłodniałym spojrzeniem wpatrywać się w moje cycki…  Całe szczęście, że nie jest moim jedynym szaraczkiem. Przychodzi wielu ludzi, wyniszczonych nałogiem. Trawka, LSD, Kokaina i wieeele, wiele innych. To wszystko idzie jak woda, a ja zarabiam na tych frajerach kilka tysięcy tygodniowo.

   Bycie dilerem ma swoje plusy i minusy. Niekiedy mam dość wiecznego siedzenia w domu i wyczekiwania na tych debili. Przychodzą stadami, więc czasem muszę chwycić za broń, żeby uspokoić to całe towarzystwo.

   Ale przeważnie jest uroczo. Siedzę na kanapie, oglądam telewizje i pije kakao z piankami. Życie przecieka mi przez palce, gdy otulona kaszmirowym kocykiem odpoczywam i nic nie robię całymi dniami.  Mam kilka zasad i trzymam się ich jak tonąca brzytwy.

   Po pierwsze, nie palę, nie wdycham i nie połykam towaru, który sprzedaje. W ogóle nie biorę narkotyków…

   Po drugie, nigdy nie przyjmuje klientów w nocy. Teren na którym się spotykamy to albo mój dom, albo miejsce, z którego znam, co najmniej, dziesięć ścieżek ,wystarczająco dogodnych, by nimi uciekać.

    Po trzecie. Nie mam telefonu, komputera ani adresu. Jestem bezimienna i nikt nie widział mojej twarzy.

 Noszę przepaskę na jednym oku i mam grzywkę zasłaniającą połowę mojej mordki. Wszystko dopełniam obcisłymi bluzami z obszernymi kapturami. Jestem jak cień, z towarem w kieszeni. Skąd go biorę? Ohohohooo! Dobre pytanie. Ale odpowiem na nie później. Mam dwadzieścia dwa lata. Miseczkę rozmiaru C i figurę modelki. Pomimo tego, katuje się kalorycznymi  świństwami i cały swój wolny czas spędzam w domu, z książką w łapie. Jedno oko straciłam w wieku piętnastu lat podczas szkolnej bójki, gdy Amanda wbiła mi długopis w oko, zarzekając się, że jej chłopak zerwał z nią przeze mnie… Raczej  mnie to nie rusza. Lubię przepaskę, jest taka… hmmm… klimatyczna! Dodaje mi charakteru i w ogóle wyglądam w niej jak rasowa dilerka, a nie jak pindzia…

    Tak w skrócie prezentuje się moja skromna osoba. Chcesz wejść do mojego życia? Zapraszam. Pierwsza działka gratis…