Sprzączki obroży dźwięczały cicho na wietrze. Patrzyłam jak uderzają o siebie i wracają na miejsca, jak pięknie odbija się od nich światło. Chwyciłam je w dłonie i spięłam jednym ruchem. Zawiesiłam je na swoich biodrach i wetknęłam za nie dwa rewolwery. Na plecach, tam gdzie zwykle. Dziś wychodzę na zewnątrz. To niebezpieczne. Dlatego biorę ze sobą maleństwa.
Narzuciłam na siebie płaszcz i zasznurowałam buty. Już czas. Raz w miesiącu osobiście dostarczam towar na wybrzeże. Jadę kolejką, wypożyczam motor i resztę trasy pokonuje pieszo. Łatwizna. Wystarczy tylko nie rzucać się w oczy. Trudniejsze. I wyjść ze spotkania z przywódcą triady nietknięta. Niemożliwe do zrealizowania….
Ten przerośnięty Goryl jakimś cudem dowodzi jedną z najsilniejszych rodzin mafijnych. Kontroluje wszystko, każda złotóweczka przecieka najpierw przez jego palce, by potem trafić do handlarzy bronią, dziwek i słabszych rangą dilerów. Całe szczęście, ja jestem niezależna. Zdarza i się pożyczać od niego kasę, ale to tylko w wyjątkowych sytuacjach. Gdy jestem po „zakupach” lub gdy muszę płacić haracz, czyli podatek od bycia „great dealer headhunter!”, ale o tym później.
- Poproszę bilet.
- Tam gdzie zwykle? – Sprzedawca pracował tu od zawsze. Dosłownie. Wiedział wszystko, o wszystkich. – Znów będziesz się płaszczyć Gorylowi?
- Zamknij się i dawaj ten świstek! – Szczerze? Nie przepadałam za gościem. Wkurzał mnie swoją wiedzą. – Masz kasę, reszty nie trzeba.
- Kupię sobie coś ładnego, panienko. – Uśmiechną się szeroko ukazując wszystkie spróchniałe zęby w całej okazałości. Ohyda…
- Protezę? – Prychnęłam pod nosem, gdy wręczył mi bilet i pobiegłam na stacje.
Podłoga była wyłożona marmurem , wszystko muśnięte przepychem i kiczem. Nienawidzę dworca. Na zwykłych, kręcą się menele i świry, na tym, biznesmeni i dzieci forsy. Nie pasuje tu, i oni dobrze o tym wiedzą, o czym świadczą te wszystkie spojrzenia w stylu „burdel jest na lewo psze pani…”. Przecisnęłam się przez tłum na sam koniec peronu i oparłam się plecami o ścianę. Zasada numer pięć. Plecy mają być zawsze bezpieczne, a całe zagrożenie odsłonięte jak na dłoni. Zagrożeniem mógł być każdy. Ten dupek w garniturze, dziunia w różowej mini i starucha w futrze.
- A nawet ja? - Dziewczynka pojawiła się znikąd. Jak zwykle. – Z twojej twarzy można czytać jak z otwartej karty.
- Nie strasz mnie młoda…
Narzuciłam na siebie płaszcz i zasznurowałam buty. Już czas. Raz w miesiącu osobiście dostarczam towar na wybrzeże. Jadę kolejką, wypożyczam motor i resztę trasy pokonuje pieszo. Łatwizna. Wystarczy tylko nie rzucać się w oczy. Trudniejsze. I wyjść ze spotkania z przywódcą triady nietknięta. Niemożliwe do zrealizowania….
Ten przerośnięty Goryl jakimś cudem dowodzi jedną z najsilniejszych rodzin mafijnych. Kontroluje wszystko, każda złotóweczka przecieka najpierw przez jego palce, by potem trafić do handlarzy bronią, dziwek i słabszych rangą dilerów. Całe szczęście, ja jestem niezależna. Zdarza i się pożyczać od niego kasę, ale to tylko w wyjątkowych sytuacjach. Gdy jestem po „zakupach” lub gdy muszę płacić haracz, czyli podatek od bycia „great dealer headhunter!”, ale o tym później.
- Poproszę bilet.
- Tam gdzie zwykle? – Sprzedawca pracował tu od zawsze. Dosłownie. Wiedział wszystko, o wszystkich. – Znów będziesz się płaszczyć Gorylowi?
- Zamknij się i dawaj ten świstek! – Szczerze? Nie przepadałam za gościem. Wkurzał mnie swoją wiedzą. – Masz kasę, reszty nie trzeba.
- Kupię sobie coś ładnego, panienko. – Uśmiechną się szeroko ukazując wszystkie spróchniałe zęby w całej okazałości. Ohyda…
- Protezę? – Prychnęłam pod nosem, gdy wręczył mi bilet i pobiegłam na stacje.
Podłoga była wyłożona marmurem , wszystko muśnięte przepychem i kiczem. Nienawidzę dworca. Na zwykłych, kręcą się menele i świry, na tym, biznesmeni i dzieci forsy. Nie pasuje tu, i oni dobrze o tym wiedzą, o czym świadczą te wszystkie spojrzenia w stylu „burdel jest na lewo psze pani…”. Przecisnęłam się przez tłum na sam koniec peronu i oparłam się plecami o ścianę. Zasada numer pięć. Plecy mają być zawsze bezpieczne, a całe zagrożenie odsłonięte jak na dłoni. Zagrożeniem mógł być każdy. Ten dupek w garniturze, dziunia w różowej mini i starucha w futrze.
- A nawet ja? - Dziewczynka pojawiła się znikąd. Jak zwykle. – Z twojej twarzy można czytać jak z otwartej karty.
- Nie strasz mnie młoda…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Spam i promowanie własnej twórczości bez powodu (i bez przeczytania Dilerki) OSUWAM BEZ LITOŚCI. A jeśli jesteś czytaczem, to witaj :D Zapraszam do krytykowania, chętnie poczytam ;)