niedziela, 28 grudnia 2014

Dilerka 4

 Dwanaście stacji później, eskortowana przez dwie cukierkowe dziewuszki, wyszłam z pociągu i udałam się prosto do wypożyczalni motocykli. Czarny potwór, palący nieziemskie ilości benzyny, jak co miesiąc stał i czekał, aż na niego wsiądę i pognam stanową 33. Zapłaciłam gościowi siedzącemu w obskurnej kanciapie i wsiadłam na motor. Nie zważając na prośby i piski dwóch małych wampów, odjechałam z miejsca z piskiem opon. Sama.

****

   Wiatr smagał moje włosy, silnik mruczał jak kotka, rewolwery obijały się o biodra. Czego chcieć więcej? Do tego świadomość, że małe wampy zostały daleko w tyle, pozostawione na pastwę okrutnego losu.  Bezcenne.

   Przez najbliższą godzinę, będę siedzieć na mechanicznym potworze i słuchać starych szlagierów. Tylko ta jedna godzina w miesiącu, daje mi poczucie bezpieczeństwa i wolności. Prymitywna rozrywka, bezmyślna jazda, tą samą trasą, ale mi to wystarczy – właśnie tego mi trzeba, po miesięcznej wegetacji.

   Sprzedaje narkotyki (opycham szaraczkom detergenty, ha, ha, ha….), to już wiecie. Skąd je biorę? Otóż. Raz na jakiś czas odwiedzam mojego „szefa”, czyli Goryla. Kupuje od niego towar, mieszam go z Proszkiem Na Rozweselenie Klienteli (łac. Szaraczkus Wabius) i BUUM!!! Oto cały przepis. Kolumbijska mafia ma tego szmelcu aż za wiele, więc po zaniżonych cenach opylają Gorylowi, kokę, trawkę i inne gówna. Produkcją proszku zajmuje się Statek Matka czyli Rosja. Kto konkretnie? Tego nie wie nikt. Szczerze powiedziawszy dopóki działa bez zastrzeżeń, obchodzi mnie to na równi z zeszłorocznym śniegiem.

   W słuchawkach leciała moja ulubiona piosenka „Time after time”…

                                                                         *    *    *    *

   Odstawiłam motor w opuszczonym hangarze i resztę trasy pokonałam pieszo. Wioska była równie zasiedlona, jak Czarnobyl po wybuchu. Nagie okna, dziurawe okiennice i brak drzwi, były tu na porządku dziennym. Jedynie liczne ślady stóp, odciśnięte na piachu, świadczyły o jakimkolwiek ruchu istot oddychających. Byłam jedną z nich.

   - Witaj Headhunter. – Jeden z członków D. Klawe, niechlujnie oparty o ścianę salooonu, ćmił fajkę. – Jak idą interesy?

   - Nie najgorzej. – Jak tylko mogłam, unikałam tego typu rozmów. Skrzywienie zawodowe. Każdy jest potencjalnym kapusiem. – Idę do Goryla, jest u siebie?

   - Czy jest?! Dziewczyno, w jego bazie, obecnie, brakuje tylko glin! – Anonimowy gość odchylił głowę do tyłu i zawył przeciągle (fałszując przy tym niemiłosiernie…)- Jest ostra biba! Śpiesz się, bo te nowe ćpuny wszystko pożrą.

   - Wpuścił na imprezę szaraczki? – Byłam w nie małym szoku. Goryl, podobnie jak ja, miał swoje zasady. Szaraczki nie mają wstępu do bazy. Bez wyjątków.

   - Tak między nami – Koleś nachylił się do mnie i konspiracyjnym szeptem, powiedział coś czego najbardziej się obawiałam. – Goryl mówił, że to robota dla ciebie. Wchodzisz w to?

   - Polowanie?

   - I to jeszcze jak. Do boju „great dealer headhunter”. Zaprezentuj im pierwszą działkę, jakiej jeszcze nie widzieli.

   - Tak jest. – Wbrew sobie uśmiechnęłam się szeroko. – Z wielką przyjemnością.

   Polowanie czas zacząć. I pamiętajcie. Pierwsza działka zawsze gratis.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spam i promowanie własnej twórczości bez powodu (i bez przeczytania Dilerki) OSUWAM BEZ LITOŚCI. A jeśli jesteś czytaczem, to witaj :D Zapraszam do krytykowania, chętnie poczytam ;)