Druga walka. Miotacz ognia.
Bez jaj. Mój przeciwnik numer dwa, to ogromna, dwu metrowa małpa?! Niby człowiek, ale, no kurna, skacze jak zwierzę. Pomimo swej postury, jego ruchy są szybkie jak u geparda. Posiada też siłę, która już cztery razy wgniotła mnie w ziemię, obijając przy tym kilka żeber… Całe szczęście, że moja regeneracja nie przebiega jak u zwykłego człowieka.
- Kuźwa, jak tak dalej pójdzie to nie starczy mi czasu… - Już dwanaście minut użeram się z tym debilem! – Ej, wielkoludzie, weź się przez chwilę nie ruszaj z łaski swojej!!!
Popatrzył na mnie swoimi małymi oczkami i prychną z pogardą. Wkurzył mnie. Tylko ja mogę tak prychać na przeciwników…!
- Duuupkuuuu!!! Pożałujesz tego!
Wzięłam rozbieg i… pobiegłam w przeciwnym kierunku, zupełnie jakbym chciała uciec. Łyknął haczyk. Krzykną coś bliżej niezidentyfikowanego (Ghebleble?) i doskoczył do mnie w jednej chwili.
-Dzięki, cukiereczku… - odwróciłam się napięcie i wbiłam lufę miotacza, prosto w lego rozwartą gębę. – Żryj to śmieciu.
Pociągnęłam za spust i po kilku sekundach, ogień pochłoną całą jego głowę. Nie krzyczał, nie szarpał się. Nie miał czasu, bo jego mózg został przerobiony na jajecznice zaraz po pociągnięciu za spust. Tak dla pewności, sfajczyłam go całego, zanim został nabity na pal.
- I widzisz nożowniku? Masz towarzystwo! Ej! Dawać następnego, nie mam czasu, rezygnuje z przerwy.
- Ale musi pani wybrać broń! Nie można walczyć tą samą! – Mój asystent, przydzielony na czas walk, uwijał się jak mrówka. – Musi pani też…
- Zamknij się. Dawaj bat i spieprzaj… - Spojrzałam w stronę drugiego ringu, na którym walczył Aleksandr Elron G.
Na jego palu, wesoło dyndały cztery zmasakrowane trupy. Spojrzałam na swój pal i wydęłam usta jak dziecko. Nie przegram z kimś takim… Poprawiłam swój strój i żwawym krokiem weszłam na arenę. Mój asystent podał mi bat i uciekł do swojego stanowiska. Wyczekiwałam przybycia trzeciego przeciwnika, gdy na drugiej arenie, ktoś krzykną przeraźliwie.
-Aleksandr? – Na jego arenie stała, wielka, pusta klatka. – Aleksandr! – Ono, trzymało go między rzędem ostrych jak brzytwy zębów.
A przynajmniej, tułów Aleksandra.
Bez jaj. Mój przeciwnik numer dwa, to ogromna, dwu metrowa małpa?! Niby człowiek, ale, no kurna, skacze jak zwierzę. Pomimo swej postury, jego ruchy są szybkie jak u geparda. Posiada też siłę, która już cztery razy wgniotła mnie w ziemię, obijając przy tym kilka żeber… Całe szczęście, że moja regeneracja nie przebiega jak u zwykłego człowieka.
- Kuźwa, jak tak dalej pójdzie to nie starczy mi czasu… - Już dwanaście minut użeram się z tym debilem! – Ej, wielkoludzie, weź się przez chwilę nie ruszaj z łaski swojej!!!
Popatrzył na mnie swoimi małymi oczkami i prychną z pogardą. Wkurzył mnie. Tylko ja mogę tak prychać na przeciwników…!
- Duuupkuuuu!!! Pożałujesz tego!
Wzięłam rozbieg i… pobiegłam w przeciwnym kierunku, zupełnie jakbym chciała uciec. Łyknął haczyk. Krzykną coś bliżej niezidentyfikowanego (Ghebleble?) i doskoczył do mnie w jednej chwili.
-Dzięki, cukiereczku… - odwróciłam się napięcie i wbiłam lufę miotacza, prosto w lego rozwartą gębę. – Żryj to śmieciu.
Pociągnęłam za spust i po kilku sekundach, ogień pochłoną całą jego głowę. Nie krzyczał, nie szarpał się. Nie miał czasu, bo jego mózg został przerobiony na jajecznice zaraz po pociągnięciu za spust. Tak dla pewności, sfajczyłam go całego, zanim został nabity na pal.
- I widzisz nożowniku? Masz towarzystwo! Ej! Dawać następnego, nie mam czasu, rezygnuje z przerwy.
- Ale musi pani wybrać broń! Nie można walczyć tą samą! – Mój asystent, przydzielony na czas walk, uwijał się jak mrówka. – Musi pani też…
- Zamknij się. Dawaj bat i spieprzaj… - Spojrzałam w stronę drugiego ringu, na którym walczył Aleksandr Elron G.
Na jego palu, wesoło dyndały cztery zmasakrowane trupy. Spojrzałam na swój pal i wydęłam usta jak dziecko. Nie przegram z kimś takim… Poprawiłam swój strój i żwawym krokiem weszłam na arenę. Mój asystent podał mi bat i uciekł do swojego stanowiska. Wyczekiwałam przybycia trzeciego przeciwnika, gdy na drugiej arenie, ktoś krzykną przeraźliwie.
-Aleksandr? – Na jego arenie stała, wielka, pusta klatka. – Aleksandr! – Ono, trzymało go między rzędem ostrych jak brzytwy zębów.
A przynajmniej, tułów Aleksandra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Spam i promowanie własnej twórczości bez powodu (i bez przeczytania Dilerki) OSUWAM BEZ LITOŚCI. A jeśli jesteś czytaczem, to witaj :D Zapraszam do krytykowania, chętnie poczytam ;)