Goryl zasłużył na lanie. No cóż. Ja zasłużyłam na wiśniowe ferrari i kogo to obchodzi… Szefa nie wolno tknąć. Kolejna głupia zasada. Raz ją złamałam. Skończyło się na wizycie w szpitalu. Goryl sam w sobie jest bezbronny jak niemowlę wobec mojej siły. Ale jak każda osoba, urodzona pod szczęśliwą gwiazdą, ma jakiś talent. Co bym nie zrobiła, moje ataki obrócą się przeciwko mnie. Jeżeli wystrzelę pocisk w jego stronę, odbije się on rykoszetem i trafi we mnie. Jeżeli użyje Fearu, zamiast zadać mu śmierć, po prostu rozpłynie się w powietrzu, centymetr przed jego gębą… Jednak Goryl nie ufa swemu talentowi. Gdyby przyszło mu zmienić żarówkę (może kiedyś?) zapewne odciął by całe zasilanie w budynku, by nie walnął go prąd.
Gdy dwa lata emu, nie wytrzymałam jego grubiańskiego zachowania, rzuciłam się na niego z całym arsenałem jaki miałam pod ręką. Chciałam go zabić, zadać cierpienie o jakim mógł do tej pory tylko śnić, w najgorszych koszmarach. Nic nie zadziałało. Niemal wszystkie kule, wystrzelone z mojego ukochanego M4A1 wróciły do mnie. Kilku cudem uniknęłam, reszta wbiła się w moje ciało, odrzucając je na dwadzieścia metrów. Wtedy użyłam Fearu. Zebrałam całą krew z podłogi i uformowałam ją w kosę. Biegłam prosto na niego. Leżał na ziemi i łkał jak dziecko. Bał się.
Wzięłam potężny zamach i gdy już miałam odciąć mu głowę, kosa rozpłynęła się w moich rękach. Krew odmówiła posłuszeństwa i spłynęła na ziemie. Zachwiałam się i upadłam z wycieńczenia. Pięć ran w ciele wciąż lekko krwawiło. Na kosę zużyłam niemal cały limit zbędnej krwi. Po prostu teraz zaczynało mi jej brakować.
Co było później? Niemal jednocześnie, Goryl i ja, zemdleliśmy. On ze strachu, ja z wycieńczenia. Znalazły nas bliźniaczki, całych umazanych w posoce. Mnie zawiozły do szpitala, a Goryla pozostawiły samemu sobie. I dobrze mu tak.
Oczywiście nic mu się nie stało. Poza kilkoma siniakami był zdrów jak ryba. Ja zaś, poza utratą znacznej ilości krwi, miałam złamaną rękę, i kilka dziur w ciele. Trochę to niesprawiedliwe.
Cała historia skończyła się marnie. Miałam dług wdzięczności u wampów i na pieńku u szefa, który ukarał mnie za ten atak pięcioma miesiącami bez dostawy towaru. Dlatego teraz jestem tak wściekła. To co mi dał w tej teczce, było zaledwie okruchami. Nie da się z tego wyżyć.
- To jest jakiś żart. To jest, kurwa, prowokacja. – odwróciłam się napięcie w stronę drzwi i ostentacyjnie wymaszerowałam z bazy. Na odchodnym krzyknęłam by znalazł sobie inną dziewczynkę do obrony. Bo ja odchodzę.
- Headhunter! Nie możesz odejść! Mieliśmy umowę! – Panika w jego głosie była rajską melodią dla mych uszu.
- Wiesz, co możesz sobie zrobić z tą umową? – Uniosłam dłoń i pokazałam mu digitus infaminis – Możesz ją sobie zjeść, smacznego.
Aż do hangaru, w którym schowałam motor, biegłam jak opętana. La i Lu goniły mnie, krzycząc wniebogłosy, bym się zatrzymała. Potrzebowały podwózki, której nie miałam zamiaru im udzielić. Niech spadają na drzewo…
Jestem wolna. W końcu. Headhunter przechodzi na tak zwaną emeryturę. Powraca Eria.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Spam i promowanie własnej twórczości bez powodu (i bez przeczytania Dilerki) OSUWAM BEZ LITOŚCI. A jeśli jesteś czytaczem, to witaj :D Zapraszam do krytykowania, chętnie poczytam ;)